Wejdź głębiej
Małżeństwo to nie tylko związek, to przestrzeń, w której Bóg przynosi życie. Nie wystarczy trwać, trzeba pielęgnować. Wspólne zaufanie i otwartość są kluczem do głębi relacji. Pozwól Bogu wnieść życie tam, gdzie jest martwota.
Transkrypcja
Dzisiaj mamy trochę inny porządek nabożeństwa, czasami tak musi być. To nie liturgia nami rządzi, tylko liturgia nam służy, czyli ten układ nabożeństwa. Mogła to być osobna konferencja, natomiast miałem takie dotknięcie, żeby zrobić to w czasie nabożeństwa, więc dzisiaj mamy takie kazanie skierowane przede wszystkim, ale nie tylko, przede wszystkim do małżonków, do małżonków z dużym stażem, z mniejszym stażem, jeszcze przed stażem, czyli do tych, którzy są w okresie narzeczeństwa, do tych, którzy mają problemy, do tych, którzy problemów nie mają, do tych, którzy dopiero problemy będą mieć. Również do tych, którzy myślą o małżeństwie, ale jeszcze to jest dla nich temat odległy, również do młodzieży, bo prawdopodobnie tak na 99% raczej będziecie w przyszłości tworzyć małżeństwa, więc to kazanie jest tak naprawdę do wszystkich. Zaczniemy od Bożego Słowa. Nie wiem, czy ktokolwiek budował na tym fragmencie kiedykolwiek jakieś kazanie o małżeństwach. Ja nie znalazłem. Ten fragment nie jest o małżeństwie, więc pewnie jest zaskakujące, że akurat na tym będziemy bazować. Za chwilę to rozjaśnię, ale najpierw go odczytajmy. Księga Ezechiela, 47 rozdział, pierwsze 12 wersetów. Ja jak zawsze podczas nabożeństwa korzystam z przekładu Biblii Warszawskiej. Potem zaprowadził mnie z powrotem do Bramy Przybytku. A oto spod progu Przybytku wypływała woda w kierunku wschodnim, gdyż Przybytek był zwrócony ku wschodowi, a woda spływała ku dołowi spod bocznej prawej ściany świątyni na południe od ołtarza. Potem wyprowadził mnie przez Bramę Północną i oprowadził mnie wokoło drogą zewnętrzną do Bramy Zewnętrznej zwróconej ku wschodowi, a oto woda wytryskała z południowej strony. A gdy ten mąż ze sznurem mierniczym w ręku wyszedł w kierunku wschodnim, wymierzył tysiąc łokci i kazał mi przejść przez wodę, która sięgała mi do kostek. I znowu odmierzył tysiąc łokci i kazał mi przejść przez wodę, która sięgała mi do kolan. I znowu odmierzył tysiąc łokci i kazał mi przejść przez wodę, która sięgała mi do pasa. A gdy znowu odmierzył tysiąc łokci, był to już potok, którego nie mogłem przejść, gdyż wody wezbrały, a były tak głębokie, że trzeba by było w nich pływać. Potok, którego nie można było przejść. Wtedy rzekł do mnie, czy widziałeś to Synu Człowieczy? Potem kazał mi iść z powrotem brzegiem potoku. A gdy wracałem, widziałem na brzegu potoku bardzo dużo drzew z jednej i drugiej strony. I rzekł do mnie, te wody płyną w kierunku Okręgu Wschodniego i spływają w dół na step. I wpadają do morza, do wody zgniłej, która wtedy staje się zdrowa. I gdzie tylko potok popłynie, każda istota żywa i wszystko, od czego się tam roi, będzie żyło. I będzie tam dużo ryb, bo gdy ta woda tam dotrze, wtedy będzie zdrowa. A wszystko będzie żyć tam, dokąd tylko dotrze potok. Rybacy będą stać nad nim od Engedi aż do En Aglaim. Tam będzie suszarnia sieci. Jego ryby będą tego samego gatunku, co ryby Morza Wielkiego i bardzo liczne. Lecz jego bagna i bajora nie będą zdrowe. Będą przeznaczone do zdobywania soli. Na obu brzegach potoku będą rosły różne drzewa owocowe. Liść ich niewiędnie i owoc się nie wyczerpie. Co miesiąc będą rodzić świeże owoce, gdyż woda dla nich płynie ze świątyni. Owoc ich jest na pokarm, a liście ich na lekarstwo. No jak widzicie, o mężu i żonie, jak nic i o małżeństwie. Kochani, będziemy rozważać jeden z najbardziej niezwykłych obrazów opisany w Księdze Zachiela. W tym fragmencie prorok zostaje zaprowadzony do świątyni i widzi wodę, która wypływa spod jej proku. Początkowo tej wody jest niewiele. Można przejść po tym czymś, co płynie bez większego trudu, bez większego problemu. Później mamy sytuację, w której ta woda zaczyna sięgać do kolan, następnie do pasa. Następnie staje się ta rzeka tak głęboka, z takim nurtem, że ten człowiek nie jest w stanie już chodzić po dnie. Musi płynąć, musi poddać się temu. Trzeba zacząć pływać. Nie da się już kontrolować tej sytuacji. Musi pozwolić, żeby ta woda go poniosła, inaczej by się pewnie utopił. Oczywiście nie jest to tekst o małżeństwie w taki oczywisty sposób. Żeby było uczciwie, żeby mnie tam potem nikt nie zaatakował, zwłaszcza w okoliczności środy, kiedy zajmujemy się taką typową egzegezją tekstu. No to ten tekst nie jest bezpośrednio skierowany do jakiejś relacji między mężem a żoną. Ezechiel tutaj widzi obraz Bożego Życia, które wypływa z obecności Boga. Rzeka płynie tam, gdzie wcześniej znajduje się pustynia, martwota, zgnilizna, bagno i gdziekolwiek ta woda dociera, tam pojawia się życie. Płodność, obfitość, życie. Na brzegach pojawiają się drzewa, liście tych drzew niewięzną, a owoce nie wyczerpują się, są niewyczerpane. Owoc jest na pokarm, a liść jest na lekarstwo. I to jest oczywiście podstawowe objawienie tego tekstu, taka podstawowa prawda dotycząca tego tekstu, że tam, dokąd dociera życie wypływające od Boga, tam martwe miejsca nie pozostają już martwe. I to jest takie podstawowe zrozumienie tego fragmentu. I kiedy zacząłem się modlić o nasz zbór, o małżeństwa w naszym zborze, myślę, że nie tylko w naszym zborze zdarzają się problemy małżeńskie, tylko jest to obszar bardzo zaniedbany w wielu kościołach, wśród wielu chrześcijan. To jest w ogóle problem współczesnych czasów, problemy małżeńskie. No to Pan Bóg mi pokazał ten fragment, zwrócił mi na niego uwagę i pokazał mi takie niezwykłe, myślę, mocne zastosowanie do małżeństwa. Na podstawie tego jest stworzone to kazanie i materiały do tego kazania, które każdy chętny na koniec nabożeństwa będzie mógł otrzymać. Fragment mi ten pokazał nie dlatego, że Ezechiel tutaj bezpośrednio mówi o mężu, bezpośrednio o żonie, ale dlatego, że małżeństwo może być miejscem życia i to obfitego życia, ale może być też miejscem takiego stopniowego wysychania, aż człowiek wyschnie na wiór i już jest tylko takim wyschniętym truposzem. Małżeństwo może być rzeką, która niesie to, co powinna niesie, czyli to błogosławieństwo dalej, to życie niesie dalej, ale małżeństwo może też być bagnem, takim śmierdzącym, w którym wszystko się zatrzymało i gnije, tak delikatnie mówiąc. Można karmić, można leczyć. Inaczej, małżeństwo może karmić, może leczyć, może przynosić owoc, ale małżeństwo może też się stać takim miejscem chłodu, urazy, lęku, mroku, depresji, samotności. I wierzę, że Bóg w swojej łasce pokazał mi w tym fragmencie coś, co nazwałem sobie instrukcją pielęgnacji małżeństwa. I tak by się mogło nazywać to kazanie. Albo wejdź głębiej, albo instrukcja pielęgnacji małżeństwa. Nie będzie to prosta instrukcja, na pewno nie jest to mechaniczna instrukcja, na pewno nie będzie to powierzchowne. Nie wiem, ile będę dzisiaj głosił, tyle, ile trzeba, aż wyczerpiemy temat. Jeśli ktoś przyszedł dzisiaj po takie pięć trików, że kurylas dzisiaj da pięć trików, jak zrobić, żeby małżeństwo było dobrze, to może od razu iść do domu. Bo trików nie będzie. Chociaż wskazówek będzie i chyba nawet pięć. Ale trików nie będzie. Raczej chciałbym pokazać pewną duchową mapę, pewien duchowy obraz, który sam dostałem, sam od jakiegoś czasu stosuję to w swoim małżeństwie. Może zdradzę nawet, w którym miejscu jesteśmy ze swoją żoną, jeszcze nie wiem, czy to zrobię. Bo każde małżeństwo ma pewną swoją głębokość, swój poziom, swoje miejsce takiego przypływu, miejsce zatrzymania, miejsce, gdzie powinien trochę poobserwować. I oczywiście są małżeństwa, które jeszcze stoją na brzegu albo wręcz zaczęły stać na brzegu. To znaczy formalnie są razem, ale oni już dawno przestali płynąć w tej rzece małżeństwa. Ja to nazywam suchym rozwodem. To jest taka plaga wśród chrześcijan. Chrześcijanie rzadko podejmują decyzję o rozwodzie, bo jest taka, a nie inna kultura Kościoła, bo jest taka, a nie inna tradycja Kościoła, bo to jest bardzo drażliwy temat i chrześcijanie, którzy są po rozwodzie, bardzo często są objęci jakimś ostracyzmem ze strony Kościoła. Nie mówię tego z poczucia dumy, raczej z powodu wstydu. Więc wielu chrześcijan nie podejmuje tej decyzji może i dobrze, ale są w takim, ja to nazywam suchym rozwodzie. No niby są małżeństwem, ale tak naprawdę to dawno są rozwiedzeni. Są oczywiście małżeństwa, które są zanurzone w swoim małżeństwie po kostki. Jest tam trochę bliskości, jest tam trochę modlitwy, ale wszystko jest takie bezpieczne, kontrolowane, bardzo płytkie. Są małżeństwa, które są zanurzone w małżeństwie po kolana. One zaczynają rozumieć, że bez pewnych elementów nie zajdą dalej. Są małżeństwa, którym woda już sięga do pasa w tym obrazie, który mi Pan pokazał. No to jest takie miejsce, w którym Bóg zaczyna dotykać trudniejszych tematów. My sobie też dzisiaj dotkniemy. Intymność, seksualność, finanse, rany wyniesione z domów rodzinnych, z jakiejś przeszłości, jakieś poczucie bezpieczeństwa, jakieś lęki i te podobne sprawy. Są też małżeństwa, na całe szczęście, które weszły tak głęboko, że one przestały już budować... Chciałem zgolić brodę, ale żona powiedziała, że wtedy my będziemy na brzegu. Są takie małżeństwa, które są tak głęboko w tej wodzie, że już przestały budować po swojemu tą całą historię. Przestały budować wyłącznie opierając to na swojej sile. Nauczyły się już te małżeństwa, że nie da się wszystkiego kontrolować, ale można zaufać Panu Bogu. I takie małżeństwa nauczyły się nie tylko iść razem, ale również płynąć w tej historii razem. Żeby było jasne, różnica między tymi małżeństwami nie polega na przeżytym czasie. To nie polega na tym, że im ktoś więcej wspólnych lat przeżył, tym jest głębiej w tej historii. Fajnie by było, gdyby tak było, ale tak nie jest. Dlatego, że okazuje się, że można być ze sobą 30 lat i dalej być po kostki. Można być ze sobą bardzo długo, znać swoje codzienne zwyczaje, swoje codzienne nawyki. Znać się bardzo dobrze, ale nie znać serca swojego małżonka. Nie znać wnętrza tego małżonka. Można wiedzieć, i co ciekawe, wiele poradników wtedy mówi, że to jest wspaniałe małżeństwo. Można wiedzieć, jaką kawę lubi współmałżonek, a nie wiedzieć, czego się boi. Jaki jest największy lęk u tego współmałżonka? Czego on się tak naprawdę boi i czego nigdy nie nazywa? Można pamiętać datę ślubu, można też nie pamiętać. Ale można pamiętać datę ślubu, a nie pamiętać i nie umieć sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zapytało się swojego małżonka, tylko tak naprawdę się go zapytało, jak się masz? Co się dzieje w twoim sercu? Jak się czujesz? Bo czas, staż małżeński sam w sobie nie tworzy bliskości. Wtedy okazuje się i jestem tego coraz pewniejszy, a lubię temat małżeństwa, okazuje się, że czas i staż może i w wielu domach zamiast stworzyć bliskość, zaczyna utrwalać dystans między małżonkami. Dlatego, że żadne małżeństwo nie pogłębia się w tej historii automatycznie. Każde małżeństwo pogłębia się przez decyzje. Takie proste decyzje. Poprzez rozmowy i to te, których się nie chce prowadzić. Jeszcze raz. Poprzez rozmowy i to te rozmowy, których się nie chce ze sobą prowadzić. Poprzez przeprosiny i to te, które naprawdę trudno wypowiedzieć. Poprzez przebaczenie. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli i ja to kilka razy wtrącę dzisiaj w kazanie. Przebaczenie, które nie oznacza zapomnienia, ale oznacza rezygnację z odwetu. A to są dwie różne rzeczy. Poprzez stawianie granic tam, gdzie pojawia się grzech, bo tam granica powinna być postawiona. Poprzez wspólną modlitwę, poprzez przyjęcie pomocy, gdy już sobie ktoś sam nie radzi. I zobaczcie, że współczesna kultura Kościoła, bo świat mnie średnio interesuje, w sensie coraz mniej mnie ten świat interesuje i ciebie też powinien, ale współczesna kultura Kościoła, bo zdajemy sobie sprawę, że Kościół też ma pewną kulturę, tradycje, pewne przyzwyczajenia. Ta współczesna kultura pokazuje nam dwa skrajne obrazy małżeństwa. Z jednej strony mówimy o takim romantycznym micie, że wystarczy tylko spotkać właściwą osobę, a reszta się sama ułoży. Taki romantyczny mit. Z drugiej strony pokazuje się w niektórych kościołach takie cyniczne wręcz przekonanie, że każda miłość prędzej czy później się wypali, że te motylki z brzuszka prędzej czy później tyłem wyjdą, a człowiek w ogóle powinien wręcz odejść, kiedy to się zaczyna dziać, kiedy ta relacja zaczyna nie działać. No i to są dwa skrajne obrazy małżeństwa, obydwa nieprawdziwe. Małżeństwo nie jest ani tym pierwszym obrazem, ani tym drugim obrazem. Biblia odrzuca obie te skrajności. Otóż żadne małżeństwo nie utrzyma się razem. Nawet jak trafiłeś na tą najlepszą, najpiękniejszą, najśliczniejszą, tudzież najmądrzejszego, najprzystojniejszego, tak jak my w swoim małżeństwie. Nawet jeżeli tak trafiłeś, to to się samo nie utrzyma. Małżeństwo potrzebuje pielęgnacji. Przymierze potrzebuje pielęgnacji. Bliskość potrzebuje pielęgnacji. Zaufanie potrzebuje pielęgnacji, konsekwencji. Przebaczenie potrzebuje pielęgnacji, pokuty. Uzdrowienie potrzebne w każdym małżeństwie potrzebuje czasu itd. Jednocześnie małżeństwo nie jest więzieniem i nie powinno być więzieniem, w którym człowiek ma znosić absolutnie wszystko tylko dlatego, że kiedyś złożył jakąś przysięgę. I chciałbym to jeszcze raz podkreślić. Małżeństwo to nie jest więzienie, w którym człowiek ma za karę znosić wszystko tylko dlatego, że kiedyś złożył jakieś przyrzeczenie, jakąś przysięgę w ten czy inny sposób. Od razu chcę to bardzo wyraźnie powiedzieć na początku, bo cały czas jesteśmy we wstępie, że to kazanie będzie mówiło dużo o pomocy, o wejściu głębiej, o pewnych radach, nie trikach, ale nie chciałbym, żeby ktokolwiek kiedykolwiek to kazanie odczytał jako wezwanie do tolerancji przemocy czy krzywdy w małżeństwie. I to od razu zaznaczam. Nie jest to wezwanie i tylko głupi ludzie wzywają do takich rzeczy. Nie jest to wezwanie, żeby osoba krzywdzona milczała, cierpiała, duchowo umierała, a pozostali usprawiedliwiali w jakiś sposób sprawcę tych czynów. Żeby była jasność, żaden normalny kościół, a wierzę, że nas się zalicza do normalnych kościołów, żaden normalny kościół nie naucza, że przebaczenie oznacza rezygnację z poczucia bezpieczeństwa. Żeby była jasność, żeby ktoś takich wniosków nie wysnuł. Albo, że jest to jakaś próba przykrywania czyjegoś grzechu religijnymi hasłami, którymi posługują się chrześcijanie. Nie może tak być. Żeby była jasność. Przemoc fizyczna, psychiczna, seksualna, jaką jeszcze możemy mieć taką przemoc, ekonomiczna, duchowa, ta werbalna, ta niewerbalna to nie jest oznaka trudnego małżeństwa. I nikt nie powinien tak mówić, że to są oznaki trudnego małżeństwa, które trzeba bardziej znosić. W takich sytuacjach, czyli przy tej przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej, ekonomicznej, duchowej, w takich sytuacjach potrzebne są jasne granice. Jasne granice. Jest potrzebna ochrona. Bardzo często jest potrzebna pomoc kościoła. Bardzo często i obojętnie w ilu kościołach się oburzą na te słowa, góźnie to obchodzi. W takich sytuacjach, oprócz pomocy kościoła jest potrzebna bardzo często pomoc psychologa, pomoc lekarza. Czasem jest potrzebna nawet pomoc prawnika albo odpowiednich służb, jak na przykład policja. Bóg, w którego ja wierzę, jest Bogiem przymierza, ale nie jest patronem przemocy, żeby była jasność. Jest Bogiem przymierza, ale nie patronuje przemocy. Więc żeby była jasność, to kazanie nie ma tytułu i nie może mieć tytułu pozwól się bardziej krzywdzić. To są głupie nauczania, które można tak zatytułować. Nie. Pozwól Bogu wejść głębiej w Twoją prawdę, w Twoje zachowania, w Twoją pychę, w Twoją ranę, w Twoją odpowiedzialność, w to jak mówisz, jak słuchasz, jak przepraszasz, jak przepracowujesz pewne rzeczy, jak stawiasz granice, jak kochasz. Ale nie pozwól się krzywdzić. Zgoda na takie podejście do tematu? Czasami największym problemem w naszych małżeństwach wcale nie jest brak miłości. Czasami jest tak, że ta miłość w tym małżeństwie jest, ale jest tam brak dojrzałości. Jest tam brak przerobionych pewnych rzeczy. Czasem ludzie naprawdę się kochają. I to dotyczy u wielu małżeństw. Czasem ludzie się naprawdę kochają. Już wychodzę z tych rejonów przemocowych. To tylko chciałem wspomnieć. Teraz mówimy o normalnych małżeństwach. Czasami ludzie naprawdę się kochają. Naprawdę. Ale nie umieją ze sobą rozmawiać. Nie nauczyli się tego. Nikim nie pomógł. Czasem chcą być blisko, ale już są w takim miejscu, że boją się odsłonić, bo mają wrażenie, że gdy tylko odsłonią się, to zaraz przyjdzie rana. Czasem jest tak, i ja to zauważam, że za jakąś taką werbalną złością żony czy męża kryje się lęk właśnie tej osoby, która tą złością emanuje. Czasami za chłodem u małżonka jednego czy drugiego ukrywa się takie wcześniejsze odrzucenie, jakaś wcześniejsza historia. Czasami za kontrolą, kiedy ktoś próbuje kontrolować swojego małżonka, tak naprawdę schowane jest poczucie zagrożenia. A za wycofaniem się jest taka informacja i tak mnie nikt nie wysłucha, i tak mi nikt nie pomoże, i tak będzie po staremu. I musimy zrozumieć pewną prawdę. Nikt z małżonków, nikt z was, ani ja, ani moja żona, ani nikt kto w przyszłości wejdzie w małżeństwo, żaden człowiek nie wchodzi w małżeństwo z pustymi rękami. Nikt nie wchodzi w ten sposób w małżeństwo. Każdy przynosi swoją historię, swoje lęki, swoje pragnienia, swoje jakieś nieprzebyte historie, jakieś nieprzepracowane doświadczenia, w tym miłości, jakieś doświadczenia, braki itd. Każdy z tym przychodzi. Nikt nie przychodzi z pustymi rękami do małżeństwa. To tylko w bajkach tak jest. I co ciekawe, Ewangelia, ona idzie bardzo głęboko w tych tematach, jeszcze głębiej niż na przykład psychologia, dlatego, że Ewangelia, ona nie mówi tylko z rozum, jaki jesteś, Ewangelia mówi i Kościół tak powinien mówić, pozwól Panu Bogu dotknąć tego miejsca i zrobić tam przemianę. Zrobić tam przemianę. Nie tylko z rozum, dlaczego to miejsce w Tobie jest, ale pozwól, żeby Bóg dotknął tego miejsca i zrobił tam przemianę. Ewangelia mówi, że nie jesteśmy skazani na powtarzanie wszystkiego, czego doświadczyliśmy we własnym domu. I wielu sobie to powinno wypisać na lustrze, żeby to codziennie rano przeczytać. Nie jesteśmy skazani na powtarzanie wszystkiego, czego doświadczyliśmy we własnym domu. Nie jesteśmy też skazani na to, żeby przekazywać nasze rany naszym dzieciom. Ewangelia mówi, że my nie jesteśmy na to skazani. Nie jesteśmy też skazani według Słowa Bożego na to, żeby całe życie reagować tak samo, jak wcześniej, tylko dlatego, że kiedyś nauczyliśmy się w ten sposób w ogóle przetrwać. Bo my czasami na pewne rzeczy dziwnie reagujemy, dlatego że nauczyło nas życie, że w ten sposób umiemy w ogóle przetrwać tą historię. My nie jesteśmy na to skazani. Rzeka wypływająca ze świątyni w tym fragmencie, ona płynie właśnie ku takim miejscom martwym. To jest bardzo ważne w tym obrazie. Ta rzeka płynie właśnie do takich martwych miejsc. To jest jej zadanie. Ona ma wpłynąć w te martwe miejsca i spowodować, że one są żywe. Zwróćcie uwagę na coś niezwykłego. Rzeka Ezechiela, nazwijmy to rzeka Ezechiela, nie ma takiej rzeki, ona nie płynie w stronę miejsc już zdrowych. A przynajmniej w tym obrazie. Nie płynie w stronę, gdzie jest zdrowo. Nie płynie w kierunku stepu, zgnilizny, tej zgniłej wody. Czyli nie omija problem. Nie robi zatoczkę, żeby ominąć ten rejon. Nie zawraca przed smrodem tych rejonów. Nie mówi, tu jest źle, tu się już nie da nic zrobić. Wpada do zgniłej wody i co się powoduje? Że ta woda staje się jaka? Zdrowa. I słuchajcie, na pewno jest ktoś, albo tu, albo będzie w internecie, bo przypuszczam, że to kazanie się rozejdzie. I na pewno jest ktoś, kto będzie tego słuchał i sobie pomyśli tak, no i ten wstęp brzmi ciekawie, ale w moim małżeństwie już jest za dużo bólu. Już rozmowy umarły. Czułość już zniknęła. Już jest tylko logistyka codziennych wydarzeń. No więc tak. Nie obiecuję tanich cudów. Nigdy tego nie robiłem, nigdy tego nie będę robił i ktoś, kto ze mną pracuje duszpastersko, wie, że ja zawsze temu wierzę, a nie obiecuję tanich cudów. Nie będzie tak, że pomodlimy się dzisiaj i jutro będzie już wszystko w ogóle działało. Nigdy nie mówiłem i nigdy nie powiem, że jedna modlitwa rozwiąże wszystko. Może się tak wydarzyć. Bóg ma taką moc, ale mi nie wolno składać takich obietnic. Na pewno nie można też powiedzieć, że to jedno kazanie w ogóle naprawi lata zaniedbań. Na pewno nikt nie może sobie tutaj marzyć w ten sposób, że każde jedno małżeństwo zostanie odbudowane tak, jakby kurylas chciał, żeby było odbudowane, bo ja bardzo chcę, żeby małżeństwa były odbudowane. Ale jedno mogę obiecać i to na podstawie księgi Jezechiela. Jedno mogę obiecać i taką obietnicę składam. Bóg nie boi się Twojej zgniłej wody. Obojętnie w którym miejscu jesteś. Ile tam jest bagna. Ile tam jest zgnilizny. To Ci mogę obiecać. Do tego Cię mogę zapewnić. Bóg nie boi się tego miejsca w Twoim życiu. Nie chce ominąć tego miejsca i nie ominie tego miejsca. Bóg się nie boi zgniłej wody w Twoim i moim życiu. Bóg nie wstydzi się miejsc, o których my wstydzimy się często mówić. Bóg nie odwraca wzroku od naszych kryzysów i naszych problemów. Bóg nie jest bezradny wobec tej historii. I to mogę obiecać. Taką deklarację złożyć mogę. Ale wiecie, że często jest tak, że najważniejsza część jest po ale. Ale rzeka Ezechiela musi mieć dostęp do tych rzeczy. To, czego nie dopuścisz do prawdy, to będzie ukryte i będzie dalej gniło. To, czego nie dopuścisz do światła, to nadal będzie pogrążone w ciemności. To, czego nie dopuścisz do uzdrowienia, będzie nadal bagnem i będzie tym bagnem się coraz większym stawał. I zobaczcie, w tym tekście jest w ogóle tak, że mąż ze sznurem mierniczym on nie pyta Ezechiela jak ty głęboko chcesz wejść. Nie ma takiego pytania w tym tekście. W ogóle nie można takiego wniosku wysnuć. Nie. Kolejne tysiąc łokci i każe mu przejść przez tą wodę. Więc po pierwsze Bóg go prowadzi stopniowo. To nie jest tak, że od razu rzuca go na tą najgłębszą wodę. Nie, najpierw są kostki, potem są kolana, później jest pas, no a później jest ten nurt, którego się już nie da kontrolować. I to jest ważne. Głębokiej relacji, głębokich zmian i wspaniałego małżeństwa nie buduje się jednego dnia, od jednego dnia i od razu wpływając na głęboką wodę. Jak ktoś wie, że dzisiaj jest po kostki, to niech głównie się skupi na tej części, kiedy będę mówił o kostkach, a nie na głębokościach. To ma swoje kroki. Tak jest z wszystkim. Zaufania nie przywraca się jednym zdaniem. Tak nie da, że ktoś utracił zaufanie, jednym zdaniem teraz będzie naprawiona ta historia. Intymność w małżeństwie, a w wielu małżeństwach zgubiła się intymność albo się zrobiła porno intymnością, albo się całkowicie zgubiła. Obydwie to są skrajnie złe rzeczy. Święta intymność, o tak będzie poprawnie. Święta intymność, ona nie wraca na rozkaz. To nie będzie tak, że wy rozkażecie święta intymności, wróć do mojej sypialni, amen i się wszystko zmieni. Nie. Pójdę dalej. Po zdradzie nie wystarczy powiedzieć przepraszam, więc już mi teraz ufaj. Po latach chłodu, po latach niszczenia swoich małżeństw, nie wystarczy jeden romantyczny wieczór. Nawet nie wystarczą jedne romantyczne wakacje. Nie. Im dłużej chodzę z moim Bogiem, im dłużej duszpasterze, ludziom, którzy pozwalają, żebym im duszpasterzył, których Bóg powołał wspólnie ze mną do tej historii, tym bardziej widzę, że Bóg, którego wierzymy, to jest Bóg, który działa w procesie. On bardzo często działa w procesie. Jeszcze tysiąc. Jeszcze tysiąc. Kolejny krok. Kolejna rozmowa. Kolejna decyzja. Kolejny akt prawdy. Kolejna granica. Kolejne przeprosiny. Kolejny wydawałoby się mały dzień wierności. I te wielkie rzeczy, one bardzo często dojrzewają przez powtarzalność tych małych rzeczy. Kolejny raz i kolejny raz i kolejny raz. Nie wystarczy więc powiedzieć u nas jest super. I to mówię do tych, którym się wydaje, że kazanie jest do tych pozostałych małżeństw, nie do was. Nie wystarczy powiedzieć, ale my się nie rozwodzimy. My nie mamy takich kłopotów. Kazanie nie jest do nas. Nie, nie, nie. Trzeba się jeszcze zapytać jak my żyjemy ze sobą każdego dnia. Bo według Boga, w Słowie Bożym małżeństwo nie wystarczy, że małżeństwo sobie trwa, że się nie rozwodzi. Bardzo ważne jest, żeby zobaczyć czym staje się twoje małżeństwo albo czym stało się twoje małżeństwo. Czy to jest miejsce, gdzie możesz głęboko odetchnąć. Możesz wrócić do domu i głęboko odetchnąć po takim najgorszym dniu. Wracam do mojego domu, do mojej żony. Czy ja tam mogę odetchnąć? Czy to jest miejsce, gdzie ja mogę przyjść i powiedzieć prawdę? I to tą prawdę, co się boję ujawnić, bo mnie zabiją, jak ją powiem. Czy ja mogę iść do domu i powiedzieć prawdę i pomóż mi? Ale może to jest miejsce, gdzie jeden błąd, jeden błąd zostaje wykorzystywany potem przez 10 lat i przypominany przez 10 lat. A pamiętasz, że tak zrobiłeś, a ty 9 lat temu, 11 miesięcy i 30 dni zrobiłeś tak, bo pastor powiedział 10, więc 9, 11, 30. Czy ty pamiętasz? Czy to jest miejsce, gdzie dzieci widzą niedoskonałych ludzi, ale ludzi, którzy umieją się na przykład pojednać. Oni nie są doskonali, nie potrafią się pojednać. Inaczej mówiąc, nie czy my się nie rozwodzimy, tylko czy to jest miejsce, z którego płynie życie, Boże życie. Bo na końcu tej wizji Ezechiel widzi drzewa. Te drzewa niewiędną. Owoce nie wyczerpują się. Co miesiąc pojawia się świeży owoc. Tu jest świeży owoc, tu jest owoc, ich jest na pokarm, a liście na lekarstwo. I to jest w tym moim spojrzeniu, tak mi to Bóg pokazał w tym fragmencie. Już wytłumaczyłem, że ten fragment egzegeza tego tekstu, a objawienie dotyczące tego tekstu są dwa różne tematy. Dzisiaj jest kazanie, na którym bazuję na objawieniu, które dostałem. Więc na tej wizji widzę, że tu jest niezwykły obraz dojrzałego małżeństwa. To małżeństwo nie tylko trwa, ono karmi. Ono nie tylko się nie rani, ono leczy. Ono nie tylko przetrwało kryzysy, ono jest pomocą dla innych jak przetrwać kryzysy. Dom takiego małżeństwa, a znam takie małżeństwa, które taki dom tworzą. Dom takiego małżeństwa daje ludziom pokój, daje rozwiązania. Stół takich małżeństw jest takim stołem gościnności. Historia tego małżeństwa jest często inspiracją czy pomocą dla młodszych małżeństw, dla dzieci. Pojednanie wśród tych ludzi, bo oni na pewno doświadczyli pojednania, jeżeli są w takim miejscu, daje nadzieją innym, że my się też możemy pojednać itd. Więc to jest małżeństwo dojrzałe, a kazanie jest dla wszystkich. Więc jeszcze raz pytanie mnie jest, czy Twoje małżeństwo się przypadkiem nie rozpada? Jak się rozpada, to też to kazanie jest dla Ciebie, ale jeżeli Ci się nie rozpada, a wielu powie, a moje małżeństwo się nie rozpada. Dobrze, więc ja zadam kilka pytań, które sobie napisałem. Czy nadal jesteście ciekawi siebie? Czy rozwijacie się razem? Czy Wasza modlitwa żyje? Czy potraficie wspólnie odpoczywać? Czy potraficie wspólnie świętować? Czy nadal istnieje między Wami taka, wiecie, taka jak prąd, czułość, że ten dotyk aż elektryzuje? No to idziemy dalej. Czy umiecie rozmawiać ze sobą o seksie, ale bez wstydu, jednocześnie bez presji i bez oskarżeń? Idziemy dalej. Czy pieniądze są wspólnym obszarem odpowiedzialności? Czy też są takim źródłem tajemnic, nieprzebytych tajemnic i nieprzebytej kontroli? Dzieci Wasze. Czy historia Waszych dzieci jest błogosławieństwem? Czy to jest ostatni temat, który Was jeszcze łączy? Czy Kościół wzmacnia tą Waszą relację małżeńską? Czy też stał się wymówką, żeby nie zajmować się własnym domem? I to są o wiele ważniejsze pytania niż to, czy Twoje małżeństwo się nie rozpada. Kolejna rzecz. Bóg nie wypuszcza tej rzeki ze świątyni po to, żeby ona sobie krążyła wokół świątyni. To jest ważne. Ta rzeka wypływa na zewnątrz. Ona w ogóle od tej świątyni płynie coraz dalej i dalej i dalej. Ona nie skupia się do świątyni, tylko wypływa ze świątyni coraz dalej. Czemu? Dlatego, że Twoja duchowość drogi mężu, droga żono musi w końcu wyjść z nabożeństwa do domu. I wielu powinno sobie to wziąć do serca, co teraz powiedziałem. Twoja duchowość musi wyjść z nabożeństwa do domu. To musi dotknąć, i będziemy dzisiaj o tym mówić, tonu Twojego głosu, Twojego kalendarza, to musi dotknąć. Telefonu to musi dotknąć, sposobu wprowadzenia konfliktu to musi dotknąć, seksualności to musi dotknąć, portfela to musi dotknąć, ambicji i tak dalej, i tak dalej. Jeszcze dalej idziemy. W tej wizji mamy, i tam nie wystarczy się zachwycić obrazem rzeki. Jest fajny obraz, ale nie wystarczy się nim zachwycić. Mi Bóg pokazał, że Bóg chce, żebyśmy sobie zadali też takie pytanie, które pada w wersecie szóstym. Czy widziałeś to Synu Człowieczy? Czy widziałeś to Synu Człowieczy? Czy Ty naprawdę widzisz swoje małżeństwo? Nie takie, jak pokazujesz je innym, a w wielu przypadkach było tak, że na zewnątrz to było pokazywane, jakie wspaniałe małżeństwo, ale nie, nie, nie. Czy Ty naprawdę widzisz swoje małżeństwo? Nie takie, jak byś chciał, żeby było, czyli to, jak za 10 lat będzie moje małżeństwo wyglądać. Nie też takie, jak pamiętam z tych pierwszych dni, kiedy staliśmy się małżonkami. Nie, jakie ono jest dzisiaj. Czy Ty widzisz, jakie Twoje małżeństwo jest dzisiaj? Na jakiej głębokości Ty jesteś dzisiaj? Gdzie tam płynie życie, a gdzie się zrobiło bagno? Co jeszcze wydaje owoc, a co już zaczęło więdnąć i śmierdzieć? Gdzie jest potrzebne lekarstwo, gdzie pokuta, gdzie pomoc, gdzie trzeba wyznaczyć pewne granice? No i gdzie jest to miejsce, kiedy możemy zrobić kolejny krok po odmierzeniu tego tysiąca? Nie będę dzisiaj mówił o małżeństwie idealnym, bo takie nie istnieje. To jest kolejna ważna rzecz. Nie ma małżeństwa idealnego. Nie ma, po prostu nie ma. Nie ma idealnego małżeństwa. Ale są małżeństwa, które pozwalają, żeby Bóg w tą historię wszedł, żeby prowadził ich głębiej. To są małżeństwa, które nie udają, że nie mają problemów. To są małżeństwa, które nie budują swojego wizerunku kosztem prawdy w domu. To jest małżeństwo, które nie boi się powiedzieć – potrzebujemy pomocy. Jesteśmy w miejscu, w którym potrzebujemy pomocy. To są małżeństwa, które rozumieją, że miłość jest czymś więcej niż tylko uczuciem. Podkreślę to – czymś więcej, bo równą głupotą jest to, co pada z niektórych kazalnic, że małżeństwo jest wyłącznie decyzją. Chyba u chomików, bo u człowieka jest to uczucie i decyzja. Uczucie i decyzja, więc jest czymś więcej niż uczucie. Jest obecnością, jest wiernością, jest odpowiedzialnością, jest bardzo często łaską, jest prawdą, jest odwagą też, żeby wejść głębiej. Stąd ten tytuł kazania – wejdź głębiej. Wchodzimy głębiej. Ezechiel rozpoczyna tu od takich słów – Potem zaprowadził mnie z powrotem do bramy przybytku, a oto spod progu przybytku wypływała woda w kierunku wschodnim, gdyż przybytek był zwrócony ku wschodowi, a woda spływała ku dołowi spod bocznej prawej ściany świątyni na południe od ołtarza. Jasny tekst, wiadomo o czemu o małżeństwie mówi. Zobaczcie, zanim Ezechiel zobaczył głębokość tej rzeki, zobaczył źródło tej rzeki, zanim on usłyszał, bo my znamy tą historię już w całości, ale spójrzmy na Ezechiela. Kiedy on usłyszał o wodzie do kostek, do kolan, do pasa i tym nurcie, zanim to wszystko się stało, on najpierw zobaczył skąd to w ogóle wypływa, skąd jest źródło tej rzeki. I to jest porządek, którego nie można odwrócić, nie wolno odwrócić. Nawet nie próbuj rozmawiać o głębi, jeżeli nie rozumiesz źródła, jeżeli nie sięgamy do źródła. Nie da się mówić o zdrowym małżeństwie, nie da się dawać rad małżonkom, jeżeli oni najpierw nie zadają sobie pytania z czego my mamy czerpać to życie, jakie jest źródło tego dobrego małżeństwa. Woda wypływa skąd? Spod progu świątyni, tak jest w tekście. A więc, ona nie wypływa z romantycznego uniesienia, nie wypływa z dobrych chęci, nie wypływa z silnego charakteru, nie wypływa z motywacji, nie wypływa z podręcznika pięć prostych trików dla dobrych małżeństw. Ona nawet nie wypływa ze wspólnych zainteresowań, wspólnego hobby, nie wypływa z wzajemnego dopasowania, ona wypływa z miejsca obecności Boga, ze świątyni. To jest bardzo ważne w tym obrazie, przynajmniej Bóg mi pokazał, że to jest wyjątkowo ważne. I to jest pierwsza i fundamentalna prawda dotycząca Twojego małżeństwa. Współmałżonek, i zrozummy to w końcu, współmałżonek nie może stać się źródłem całego Twojego życia. Nie może. Współmałżonek nie jest źródłem Twojego życia. Uwaga! Mąż nie jest N i E, nie jest Bogiem swojej żony. Żona nie jest N i E, nie jest zbawicielem swojego męża. Czemu? Bo żaden człowiek, żaden człowiek, żaden, Twój mąż też nie, Twoja żona też nie, żaden człowiek nie jest w stanie udźwignąć ciężaru bycia wszystkim dla drugiego człowieka. Nikt tego nie umie dźwignąć. Nikt nie jest w stanie dźwignąć tego ciężaru, że ja mam być wszystkim dla mojej żony. Albo ona miała by dźwigać ciężar, że ona ma być wszystkim dla mnie. Tego nikt nie potrafi udźwignąć. Ale heca. Człowiek kłódnie, a guziki strzelają. Żaden człowiek nie, ale trzeba będzie przyszyć. Żaden człowiek i to jest ciężar, który udźwigniesz na spokojnie. Żaden człowiek nie jest w stanie odpowiedzieć na każdą potrzebę drugiego człowieka. Żaden człowiek nie jest w stanie uleczyć każdej rany, wyciszyć każdego lęku, rozprawić się z każdą depresją, wypełnić każdą pustkę i w ogóle zrozumieć każdy jeden zakamarek duszy drugiego człowieka. Kiedy ktoś tego oczekuje od swojego małżonka, co może dać tylko Bóg, to zaczyna niszczyć małżeństwo. Wiem, że to dziwnie brzmi, bo przecież to ten drugi powinien ponosić odpowiedzialność. Nie. Jeżeli oczekujesz od swojego małżonka tego, co potrafi dać tylko Bóg, to zaczynasz niszczyć swoje małżeństwo. Niszczysz je. Zobaczcie, współczesna kultura mówi znać osobę, która cię dopełni. Wiele kazań tak mówi, że żona ma cię dopełnić, mąż cię ma dopełnić. Sam robiłem ten błąd wiele razy. A Słowo Boże mówi coś znacznie głębszego. Człowieka nie dopełnia drugi człowiek. Nigdy. Nie dopełnia. On jest pomocą. Idealną pomocą. W tym fragmencie z Księgi Rodzaju, bo zaraz mi powiedzą, że przecież tam jest napisane. Jest napisana idealna pomoc, a nie dopełnienie. Człowieka nie dopełnia drugi człowiek. Człowiek może być pełny, dopełniony, odnaleziony i zakorzeniony wyłącznie w Panu Bogu. Wyłącznie tam jest pełnia. Małżeństwo według Słowa Bożego jest wielkim darem. Ale nie jest zbawieniem dla drugiego człowieka. Nie jest. Jest przymierzem, ale nie przymierzem, na którym ktoś ma zostawić czy postawić współmałżonka i oczekiwać, że ten współmałżonek stanie się odpowiedzią na wszystkie potrzeby drugiego człowieka. Kiedy ktoś wchodzi do małżeństwa z takim przekonaniem, że teraz będę szczęśliwy, teraz ta osoba uczyni mnie szczęśliwym, to bardzo szybko zderza się z głębokim rozczarowaniem. Bardzo szybko zderzy się z głębokim rozczarowaniem. Nie dlatego, że każdy współmałżonek jest koniecznie zły. Niektórzy mają wspaniałych współmałżonków. Ja taką mam żonę, żeby była jasność. Nie chodzi mi o to, że każdy współmałżonek jest koniecznie zły i tak naprawdę wchodzisz w chorobę tylko jeszcze o tym nie wiesz. Nie to mam na myśli. Ale dlatego, że w tych historiach ten współmałżonek otrzymuje zadanie niemożliwe do wykonania. On tego nie jest w stanie wykonać. Zawsze cię uszczęśliwić. Zawsze cię uszczęśliwiać. Nikt, nikt, nawet moja żona albo ja dla niej nie możemy być stale dostępni. Nikt nie jest zawsze cierpliwy. Nikt nie jest całkowicie przewidywalny. Nikt nie jest nieustannie czuły. Nikt nie jest bezbłędnie rozumiejący współmałżonka. Człowiek jest ograniczony. Ty jesteś ograniczony. Twoja żona jest ograniczona. Twój mąż jest ograniczony. Człowiek jest ograniczony. Każdy człowiek ma swoje zmęczenie, swoje ciężkie dni, swoje historie, swój temperament, swoje momenty, w których sam potrzebuje pomocy. A więc jeżeli źródłem czyjegoś poczucia szczęścia, czy poczucia wartości jest aprobata współmałżonka, no to potem każda krytyka ze strony współmałżonka będzie takim zamachem na tożsamość tego człowieka. Zamach na moje życie. Już takie słyszałem na rozmowie duszpasterskiej. To był zamach na moje życie. A to była krytyka. W ogóle taka prozaiczna. No nie powiem co, bo się wielu domyśli, ale zamach na moje życie to było. Trzy dni się z tego śmiałem. Czasami tak jest. Jeżeli źródłem czyjegoś bezpieczeństwa jest wyłącznie na przykład obecność męża, no to jak mąż wyjdzie do pracy, jeszcze przyjdzie mu jakieś nadgodziny zrobić, to mąż mnie porzucił. On mnie już nie kocha, mam w robocie dłużej. Jeżeli czyjeś serce bije tylko wtedy, kiedy współmałżonek zachowuje się dokładnie tak, jak ten ktoś by chciał, to już nie jest miłość, to już jest kontrola i to małżeństwo będzie mieć kłopoty. Za wieloma konfliktami nie stoi taki oczywisty brak miłości, ale stoi właśnie próba uczynienia z drugiego człowieka wszystkiego, źródła bezpieczeństwa. A Bóg pokazuje, że rzeka nie zaczyna się w człowieku, nie zaczyna się w mierniczym. Ona się zaczyna w Bogu, w miejscu obecności Boga, w świątyni. Stamtąd wypływa ta rzeka. To oznacza, że każde małżeństwo, czyli moje małżeństwo i twoje małżeństwo, każde jedno małżeństwo, potrzebuje nie tylko dwojga ludzi, którzy się mocno kochają i kochają siebie nawzajem, ale dwojga ludzi, którzy uczą się czerpać bezpośrednio od Boga. To jest bardzo ważne. Tylko żeby była jasność, nie chodzi mi o religijną fasadę, która w wielu domach istnieje, tylko chodzi mi o takie realne życie z Bogiem. Nie chodzi o to, że w małżeństwie będzie dobrze, jak w domu będzie pięć różnych przykładów Biblii, na ścianie będzie wisiał werset, ja i mój dom służyć będziemy Panu. W moim też to wisi. I w ogóle pojawimy się na każdym nabożeństwie. My jeszcze mamy tak, że zazwyczaj jesteśmy na bożeństwie, zazwyczaj jesteśmy niespóźnieni. To są fajne rzeczy, ale to i tak nic nie daje. Chodzi o realne życie z Bogiem. Realne. Kiedy Bóg zaczyna regulować moje emocje, korygować moją pychę, uzdrawiać moje rany i uczy mnie odpowiedzialności. Kolejna rzecz. Ona wypływa spod progu. Ta rzeka wypływa spod progu tej świątyni. Nie z samej świątyni, tylko spod progu. Trochę się pośmiejecie. No więc pytam Boga. Dobrze, ja rozumiem, że mi pokazujesz tutaj instrukcję obsługi małżeństwa. Wytłumacz mi próg. To było jakiś czas temu. I dziecko przychodzi do mnie i ale fajny ten Hobbit. Akurat czytało Hobbita. Przerwało mi te moje rozmyślenia. Nie pamiętam, czy to był Kuba. Kuba to był. I Kuba przychodzi. Ale fajny ten Hobbit. I mi się zaraz przypomniało, że w Hobbicie jest mowa o progu, że tam należy przekroczyć ten prog. Zaraz przypomnę ten cytat. Kto nie czytał Hobbita, to niech se przeczyta. W ogóle polecam czytać książki. W kościele też. Różne książki. No i zajrzyłem, że próg jest miejscem przejścia. To jest taki moment przejścia. Czyli jest coś wewnątrz i jest coś na zewnątrz. Pomiędzy tym wewnątrz a tym na zewnątrz jest najczęściej właśnie próg. I to co było wewnątrz zaczyna wydostawać się na zewnątrz pokonując próg. Obecność Boga nie miała zostać zamknięta w tej świątyni. Ona miała płynąć dalej. Z tej świątyni miała przez ten próg przepłynąć dalej. To jest niezwykle ważne. Duchowość, która nie przekracza progu religii, może nas to mniej dotyczy, więc ja powiem inaczej. Duchowość, która nie przekracza progu kościoła, to jest niepełna duchowość. To nie jest tak, że jej nie ma. Ona jest, ale ona jest niepełna. Można przeżyć bardzo głęboko, bardzo głęboko. Można być bardzo poruszonym na nabożeństwie. I to nie jest tak, że wszyscy udają ci, którzy teraz tak powiem. Nie. Można głęboko coś przeżyć w kościele podczas nabożeństwa. Poruszonym. Można być w kościele i uczciwie modlić się tak intensywnie, mocno, lać tu w ogóle łzy, rozdzierać swoje serce przed Panem. Można nawet krzyczeć językami. Mam na myśli modlitwę, ale wiecie o co mi chodzi, że tak mocno się modlić językami. Można płakać przed Bogiem, a potem wrócić do domu i być w tym uczciwie, żeby była jasność. Nie mam na myśli hipokrytów. Naprawdę ktoś to głęboko, prawdziwie przeżywa. Jest to autentyczna jego duchowość, szczera jego duchowość. Ale potem wraca do domu i zaczyna nagle, nagle zaczynać współmałżonka z jakimś takim chłodem. Albo przeżyć bardzo mocno kazanie o łasce. Och, ale to było kazanie, w końcu rozumiem łaskę. A wieczorem nie okazać tej łaski swojemu dziecku, które coś tam zbroiło. Można i jeszcze raz mówię o uczciwych ludziach, nie o hipokrytach. Można wyznać, uczciwie wyznać, że Duch Święty mieszka w nas, a jednocześnie nie pozwalać, żeby ten Duch Święty dotknął na przykład tonu głosu. Kilka razy już powiedziałem o tonie głosu, bo ja ten temat niedawno przerabiałem w swoim domu. U mnie, nie u mojej żony. Nie pozwalałem, żeby Duch Święty dotknął tonu mojego głosu. Sposobów, w jaki prowadzę jakiś konflikt i jakieś codzienne sprawy. Otóż rzeka musi przekroczyć próg. Co to oznacza? Ano, że ta Twoja duchowość, ona musi wyjść dzisiaj z nabożeństwa do kuchni. Do kuchni musi Twoja duchowość wejść. Do Twojej kuchni. Ona musi wejść z tej modlitwy kościoła do Twojej rozmowy z dzieckiem, z mężem, z żoną, z pracownikiem. Ona musi wyjść, ta duchowość, z teologii do sposobów, w jaki Ty odnosisz się do własnej żony. Normalnie ja się rozbieram. Do własnej żony, w kazaniu o małżeństwie i takie rzeczy się dzieją. Ona musi wyjść z naszych pieśni do prostych przeprosin. Musi wyjść ze słów o miłości do praktyki miłości. A są czasami dwa różne tematy. Można pięknie mówić o miłości, ale jak Ty praktykujesz tę miłość? I niestety w małżeństwie chrześcijan bardzo często mylimy bliskość duchową z religijną rutyną. To jest w ogóle nasz problem. My mamy z tym ogromny problem. To nie jest już problem tylko katolików. To jest problem już też protestantów. My bardzo często mylimy duchową bliskość z religijną rutyną. Małżonkowie nasi też, nie tylko rzymskokatolicy. Małżonkowie bardzo często razem chodzą do kościoła, a na przykład nie rozmawiają ze sobą z taką pasją o tym, co Bóg zrobił w moim sercu. Nie dzielą się tym, nie żyją tą historią. Bardzo często słuchamy wspólnie nauczania, ale na przykład nie potrafimy się pomodlić o swoje lęki. Boimy się w ogóle wyznać jeden drugiemu. Możemy znać pewne słowa, pewne języki wiary, byśmy to nazwali, języki naszej kultury, nasze słowa, sposób wyrażania się, ale unikać prawdziwych emocji między sobą. Jestem pewien, że kiedy padają słowa w stylu, nie będę o tym rozmawiał, a mam spisane, bo to są rzeczy, które sobie z pamiętnika spisałem, w sensie ja sobie pewne rzeczy notuję, odkąd jestem pastorem. To słyszałem wiele razy. Nie będę o tym rozmawiał albo nie będę o tym rozmawiała, bo trzeba po prostu zaufać Bogu. A ja wiedziałem, że z rzeczywistości jest to ucieczka od odpowiedzialności, a nie zaufanie Panu Bogu. Albo musisz, musi mi przebaczyć, bo jest chrześcijaninem. To było bardzo często używane w takim kontekście wymuszenia szybkiego zamknięcia sprawy i niedrążenia tematu. Często słyszę, u nas Boże rzadko, ale w przestrzeni kościoła publicznego. Nie potrzebujemy pomocy psychologa, wystarczy modlitwa. To bardzo często jest próba ukrycia lęku i taka próba nieujawnienia istoty problemu. Rzeka, która wypływa z tej świątyni, ona nie udaje, że pustynia jest ogrodem. Ona płynie tam, żeby to się mogło zmienić. Ona nie udaje, że zgniła woda jest zdrowa. Ona płynie do zgniłej wody, żeby tam się rozpoczął proces uzdrowienia. Więc jeszcze raz, małżeństwo żyjące z Bogiem to nie jest małżeństwo, w którym nie ma problemów. Tak opowiadają tylko na Facebooku i na Instagramie. Nie wierzcie w to, co jest w mediach społecznościowych. To jest jedno z największych kłam współczesnego świata. Pseudo-życie w mediach społecznościowych. Małżeństwo żyjące z Bogiem to nie jest małżeństwo, które nie ma problemów. Czy nasze małżeństwo ma od czasu do czasu problem? Ma. Małżeństwo, które żyje z Bogiem to nie jest małżeństwo nie mające problemów. To jest małżeństwo, które wie, gdzie z tymi problemami iść. My wiemy, gdzie z naszymi problemami iść. A to jest ogromna różnica. Małżeństwo bez Boga będzie szukać źródła wyłącznie w sobie i w próbie zmiany małżonka. A potem jest tak, że kiedy emocje opadają, to oni dojdą do wniosku, że nasza miłość się skończyła. Kiedy pojawi się jakiś konflikt, źle wybrałem współmałżonka. Kiedy współmałżonek zacznie zawodzić, a zacznie prędzej czy później, to w takich historiach ludzie bardzo często zaczynają szukać innego źródła bliskości. Mówiąc wprost, innego małżonka. Natomiast małżeństwo, które jest zakorzenione w Bogu, również przeżywa kryzysy, ale nie traktuje ich jako końca. Takie małżeństwo pyta. Boże, czego chcesz nas tutaj nauczyć? Czego mamy się nauczyć jako małżeństwo? Co musimy umieć nazwać? Z czego muszę się nawrócić? Z czego czasem my razem musimy się nawrócić? Boże, gdzie potrzebujemy pomocy? Albo gdzie musimy postawić granice? Nieprzekraczalne granice. Otóż małżeństwo według Biblii to nie jest tylko duchowy romantyzm. To nie ta epoka. Nie wystarczy powiedzieć, że Bóg jest naszym źródłem. Teraz zrozumiałem co pastor powiedział i będę wyznawał, że Bóg jest naszym źródłem i wszystkie trudności znikną. Pamiętaj, że Bóg czasem działa w sposób nieoczywisty. Czasami potrzebujesz pomocy z zewnątrz i chcę to podkreślić. Czasami potrzebujesz terapii, czasami potrzebujesz jakiejś konsultacji. Czasami potrzebujesz pomocy finansowej, czasami potrzebujesz poradnictwa duszpasterskiego. Czasem nawet potrzebujemy jakiejś interwencji duszpasterskiej. Czasem potrzebujemy prawnika. Czasem potrzeba policji. Bóg jest źródłem, żebyśmy się dobrze zrozumieli, ale bardzo często działa przez ludzi, przez wiedzę, przez instytucje i przez konkretne narzędzia. I nie wolno, nie wolno przeciwstawiać modlitwy odpowiedzialności albo odpowiedzialności w modlitwie. Nie wolno, wiem, że będę takie przytyki robił, żeby mnie nikt źle nie zrozumiał i nikt nie wykorzystał tego kazania w ten sposób. Nie wolno mówić o sobie doświadczającej przemocy. Pastor powiedział, że musisz bardziej czerpać z Boga, żeby była jasność. Nie wolno mówić, a to się zdarza również w naszym zborze i teraz zbór napominam. Nie wolno mówić o sobie zdradzanej. Chrystus powinien ci wystarczyć, jak gdyby zdrada nie była realną krzywdą. Nie wolno tego robić. Również do tego zboru i do wielu innych. Nie wolno mówić o sobie uzależnionej. Po prostu więcej uwierz i zignorować pewną potrzebę leczenia. Bóg jest źródłem nie tylko pocieszenia, ale jest źródłem również prawdy. Nie tylko łaski, ale również czego? Świętości i odpowiedzialności. Nie tylko przebaczenia, ale również odpowiedzialności za to, co się zrobiło. Kiedy ta rzeka wypływa z tej świątyni, ona niesie nie tylko życie. Ona niesie charakter Boga. Ona niesie całość tego Boga. Czasami największym aktem wiary wcale nie jest publiczne świadectwo zwycięstwa, ale prywatne takie zdanie wypowiedziane do właściwej osoby. Nie radzimy sobie. Potrzebujemy pomocy. I nie bójmy się tego robić. Czasem to jest akt wiary. Nie radzę sobie. Potrzebuję Twojej pomocy. Dalej. Zauważmy, że ta rzeka wypływa obok ołtarza. Na południe od ołtarza tu jest napisane. Ołtarz. Co ołtarz? Ołtarz przypomina o ofierze. Zgodzicie się ze mną? Po to jest ołtarz, żeby złożyć ofiarę. Czyli w odniesieniu do Ewangelii to musi mnie prowadzić do Chrystusa, który oddał samego siebie. On oddał samego siebie. Mamy ten charakter Boga. Mamy jasność co to oznacza. Przynajmniej mam nadzieję, że zostałem zrozumiany. Ta rzeka płynie. Jeszcze jesteśmy w tym miejscu. Od progu. Od tej świątyni. Od ołtarza. Czyli mamy Chrystusa. Obraz Chrystusa. Więc moje małżeństwo nie może być zbudowane tylko na pytaniu co ja z tego mam. Muszę się nauczyć zadawać pewne trudne pytanie. Co mogę dać? Skoro od Chrystusa. Nie co ja z tego mam, tylko co ja mogę do tego małżeństwa dać. Oczywiście i znowu, żeby była równowaga, której w wielu nauczaniach brakuje. Nie chodzi o jednostronne poświęcenie. Nie chodzi o to, że teraz chrześcijanin ma sobie tak mieć w głowie, że tu chodzi o to, że jedna osoba stale daje, a druga całe życie wykorzystuje tą dobroć. Ja tego nie powiedziałem. Biblijne małżeństwo nie jest systemem, w którym jedna osoba stale daje, a druga stale czerpie. Albo jedna osoba stale traci, a druga stale zyskuje. To nie jest biblijny model. Ma to być wzajemny. Chrystusowy ten wzór ofiary obejmuje wzajemność. Co mam na myśli? Otóż mąż nie ma prawa powoływać się, a wielu męży niech to usłyszy. Mąż nie ma prawa powoływać się na ofiarność żony po to, żeby usprawiedliwić własny egoizm. Nie mamy prawa tego robić. Żona nie ma obowiązku poświęcać bezpieczeństwa, żeby utrzymać jakiś taki zewnętrzny spokój. Popatrzcie, przecież krzyż nie mówi pozwól mi się niszczyć. Zgodzicie się ze mną? Krzyż mówi umrzej dla swojej pychy, samolubstwa, potrzeby dominacji itd. Niezdolności do przyznania się do winy. Więc te rzeczy muszą iść w parze. Musi umrzeć w Twoim małżeństwie, jeżeli to wypływa z tej ofiary chrystusowej, to w Twoim małżeństwie musi umrzeć, są to triki, tak jak mówiłem, tylko coś do przemyślenia, musi umrzeć posiadanie ostatniego słowa. Wiecie jakie to jest trudne? Żeby umarło w Twoim małżeństwie taka potrzeba posiadania ostatniego słowa. Musi umrzeć przekonanie, że przeprosiny oznaczają słabość. Musi umrzeć nawyk liczenia, kto zrobił więcej. Musi umrzeć pogarda, musi umrzeć przekonanie, taki już jestem i nic tego nie zmieni. Musi umrzeć używanie przeszłości jako takiego magazynu amunicji. Bardzo częsty problem. Przeszłość to jest taki magazyn amunicji, jak już nie mam argumentów, to sięgam po przeszłość i strzelam. Musi umrzeć egoizm. Rzeka wypływa ze świątyni, przechodzi obok ołtarza, ponieważ prawdziwe małżeństwo jest zawsze, zawsze związane z oddaniem. Nie ma głębokiego małżeństwa bez śmierci egoizmu. Twojego egoizmu. Chodzi o Twój egoizm, nie o małżonka. Twój egoizm. Dalej. Ta woda wypływa małym strumieniem. Nie ma od razu ogromnej rzeki. Mały strumień, czyli jest pewien początek tej wody. To jest pocieszające. Pocieszające. Dla wielu z nas to powinno być pocieszające. Czyli. Masz problemy? Może nie masz jeszcze wielkiego przełomu? Trudno. Może robisz dopiero jeden mały krok? Okej. Może czas na pierwszą, pierwszą małą, spokojną rozmowę. Może czas na pierwszą wspólną modlitwę. I to taką po wielu miesiącach. Może czas na pierwszy dzień, tydzień, miesiąc bez alkoholu. Może czas na pierwsze prawdziwe przeprosiny. Może czas na pierwszą decyzję o przejrzystości finansowej w domu. I naprawdę, zanim się zajmiesz przejrzystością finansową w kościele, zajmij się przejrzystością finansową w domu. Może czas na pierwszą granicę postawioną wobec jakiejś historii. Nie lekceważmy małych początków, bo ta rzeka się zaczyna od małego, nie od wielkiego. Więc nie muszę od razu iść w te wielkie rzeczy. Małe początki są ważne. Okej, idziemy dalej. Woda po kostek. Dajemy radę? Bo jesteśmy tak... W części. Woda po kostek. Woda do kostek, po kostek, do kostek. A gdy ten mąż ze sznurem mierniczym w ręku wyszedł w kierunku wschodnim, wymierzył tysiąc łokci i kazał mi przejść przez wodę, która sięgała mi do kostek. Zaczynamy mieć dynamiczny opis. On już nie patrzy tylko na tą wodę, on musi do niej wejść, w sensie Ezechiel. I zwróćcie uwagę, kazał mi przejść przez wodę. No bo mogło być tak, że on by sobie stał na tym brzegu i godzinami sobie obserwował, jak płynie rzeka. Godzinami. Analizowałby głębokość tej rzeki, może by czytał jakąś książkę, jakiś poradnik dotyczący pływania przez taką rzekę. Mogłoby być nawet tak, myślę, że rozumiecie moje alegorie, że Ezechiel by sobie stał na brzegu, przyglądałby się tej rzece, uczyłby się, jak ta rzeka płynie, kupiłby sobie książkę, jak przepłynąć Bałtyk w 58 dni, a potem by jeszcze nauczał innych. Jeszcze by nauczył innych. On już był taki specjalista z tego brzegu, z tego oglądania i z tego czytania książek, że sam by wydał książkę. Przepłyń Bałtyk w 58 dni, poradnik Ezechiela. Ale Bóg kazał mu przejść przez tą wodę, przejść przez nią. I dokładnie tak jest z małżeństwem. Słuchajcie, można przeczytać 10 tys. książek o małżeństwie. Można wysłuchać 20 tys. kazań o małżeństwie. Można nawet nauczyć się na pamięć wersetów. Można nawet książkę napisać o małżeństwie albo o wychowaniu dzieci. A mimo to nie zrobić rzeczy, które trzeba zrobić, żeby mieć prawo do tego. Można wiedzieć, że trzeba przepraszać i nigdy uczciwie nie przeprosić swojej małżonki albo męża. Można wiedzieć, że trzeba słuchać, ale ciągle przerywać. Można wiedzieć, że trzeba okazywać czułość, ale miesiące tego nie robić. Można wiedzieć, że telefon zabiera nam czas. Wiemy to. I każdego wieczoru siedzieć obok siebie, patrząc w dwa różne telefony. Albo na nabożeństwie gapić się w telefon. Można o tym wszystkim wiedzieć, ale nie wejść do tej wody. Dlatego, że w Kościele, przede wszystkim w Kościele, istnieje pewna niebezpieczna iluzja, że skoro coś wiemy, to już tym żyjemy. Nie. Wiedza nie jest posłuszeństwem. To, że coś wiesz, to wcale nie oznacza, że ty tym żyjesz. Ezechiel musiał wejść do tej wody. To mi bardzo wyraźnie Bóg pokazał. Kostki. Więc pytałem Boga. Dobrze, Boże. Widzę, że jakby budujesz mi pewien pomysł na kazanie. O co chodzi z kostkami? No więc mamy pewne kolejne poziomy. Żeby była jasność. Jeszcze raz. Nie chodzi o to, że ten fragment jest tutaj alegorią małżeństwa. To jest moje objawienie, które dzielę się uczciwie ze zborem. No i z tymi, którzy zechcą tego posłuchać. Więc nie twierdzę, że w tym tekście każda część ciała ma ukryte znaczenie biblijne, żeby mnie potem profesor Majewski na przykład poprawiał, że kostka nie oznacza to i to. Nie twierdzę nic takiego. To byłoby nadużycie z mojej strony. Ale rozmawiamy o małżeństwie. Więc ja rozumiem i takie mam spojrzenie w tym kazaniu, że kostki, a po wczoraj bardzo to rozumiem, wczoraj byliśmy w górach z braćmi, więc rozumiem, że kostki są związane z chodzeniem. Chodzi się i trzeba mieć kostki w nogach. I to najlepiej sprawne, niebolące. Wczoraj mieliśmy wrażenie, że śrubki mamy w tych kostkach. Więc kostki są związane z chodzeniem. I być może właśnie dlatego Bóg mówi do niektórych z nas, zanim, zanim porozmawiamy o wielkich kryzysach, zacznij od tego, jak ty chodzisz we własnym domu. We własnym domu. Bo dobre małżeństwo zbudowane jest zwłaszcza z małych rzeczy. Słuchajcie, ślub jest wielkim wydarzeniem. U jednych bardzo wielkim, u drugich trochę mniejszym, ale dla każdego to jest wielkie wydarzenie. Ktoś, kto idzie do ślubu, no to czuje to wielkie wydarzenie. Zgoda? Ja, szczerze powiedziawszy, średnio pamiętam. Znaczy, my może nie jesteśmy najlepszą historią, bo my mieliśmy specyficzny ślub i specyficzne wesele, ale średnio pamiętam, to było tak dawno temu, że zatarły mi się te pewne rzeczy. Na pewno nie pamiętam emocji, które mi wtedy towarzyszyły. I to nie ma znaczenia. Dlatego, że małżeństwo, a chwilę już tym małżeństwem jesteśmy, małżeństwo, ono się składa z milionów zwykłych poniedziałków. Milion zwykłych poniedziałków. To jest prawdziwe małżeństwo. Małżeństwo to śniadanie, powrót z pracy, zmęczenie. Taka zagadka Sherlocka Holmesa, kto dzisiaj wyniesie śmieci. To z domu jeszcze jest zawsze wcześniej zagadka. Mój Watson zawsze się zastanawia, czy on w końcu zrozumiał, że plastik do plastiku. A ja zawsze dedukuję. W tym plastiku jest reszta jogurtu. To chyba jest zmieszane. To już małżeństwo, ono też się składa z rachunków, z zakupów, z takich prostych pytań. Wiecie, że to jest problem z tym jogurtem. To jest zmieszane. Ja to wytłumaczę, to jest zmieszane. Z takich pytań, jak minął ci dzień. Z takiego czegoś, czy odkładam telefon, kiedy moja żona próbuje mi coś ważnego powiedzieć. W jaki sposób odpowiadamy sobie, jak jesteśmy na przykład bardzo zmęczeni, jak jesteśmy niewyspani, to w jaki sposób sobie odpowiadamy. Z tego, czy ja pamiętam i to jest moje małżeństwo i ono się z tego składa. Czy ja pamiętam, że człowiek stojący przede mną rano, ta moja żona, to jest ktoś więcej niż wykonawca zadań, które czekają nas w dzisiejszym dniu. I to jest o wiele ważniejsze, jak te emocje w ślubie. I tu dochodzimy do czegoś bardzo ważnego. Otóż zauważam, że małżeństwa rzadko niszczą się przez wielkie wydarzenie. Zdarza się to. Ale rzadko jest tak, że małżeństwo jest zniszczone przez jakieś wielkie wydarzenie. Znacznie częściej małżeństwa są zniszczone przez małe zaniedbania, powtarzane przez bardzo długi czas. Takie są przynajmniej moje obserwacje. Jedno nieprzyjemne zdanie czy wypowiedź prawdopodobnie nie zniszczy nikomu małżeństwa. Oj, nieraz słyszałem, jak tam jeden drugiemu coś powiedział i to tak na grubo i jedno nieprzyjemne, nawet takie, wiecie, ohydne, takie kosmate zdanie nie zniszczy nikomu małżeństwa. Ale pięć lat pogardliwego tonu doprowadziło już niejedno małżeństwo do rozwodu. Jedno zapomniane spotkanie czy tam jakaś data nie zniszczy małżeństwa. Ale lata takiego komunikatu wszystko jest ważniejsze niż ty. To zniszczy małżeństwo. Jedna noc, podczas której jesteśmy zmęczeni. Wiecie, że to alegoria ta jedna noc, przy której jesteśmy zmęczeni i nie rozmawiamy ze sobą, nawet nie chce nam się patrzeć na siebie, tak jesteśmy zmęczeni, nie musi niczego złego oznaczać. Ale kiedy przez długi czas w małżeństwie rozmawia się już tylko o dzieciach, o pieniędzach, o rynkach, które to wypracowały, no to bardzo wiele małżeństw funduje sobie taki moment, w którym budzą się pewnego dnia obok człowieka, którego twarz doskonale zna. Twoja twarz brzmi znajomo. Ale wnętrze tego człowieka to ty w ogóle nie poznajesz, ty nie wiesz kto to jest. Okazuje się, że małżeństwo może działać, a jednocześnie nie żyć. I to jest problem wielu chrześcijan. Małżeństwo może działać, a jednocześnie przestać żyć. To jest bardzo zdradliwe, zwłaszcza u małżonków z długim stażem. Ci niech sobie to wezmą bardzo poważnie do serca. Wszystko działa. Na oko wszystko działa. Dzieci są zawiezione do szkoły, na zajęcia dodatkowe, basen, karate, kung fu, panda, wszędzie. Rachunki opłacone, gaz, prąd, Netflix, HBO, wszystko. Zakupy zrobione, wszystko kupione, od A do Z, pełna lodówka, w której zawsze nie ma co jeść. Samochód zatankowany albo większość z nas w tej chwili ma dwa samochody i dwa samochody zatankowane. Wakacje zaplanowane, opłacone, zaliczka wpłacona. Niedziela ustawiona w kościele, w ogóle wszystko. Poniedziałek w pracy, wszystko działa. System funkcjonuje, tylko gdzieś po drodze w tym systemie miłość znikła. Gdzieś po drodze w tym systemie ludzie się zgubili. Gdzieś po drodze nie ma już my. Gdzieś się w tym systemie to zgubiło. Otóż wtedy małżeństwo staje się takim doskonale zarządzanym przedsiębiorstwem rodzinnym. Mąż jest kierownikiem jednego działu, zazwyczaj finansów, żona drugiego zazwyczaj zakupów. Dzieci stanowią wspólny projekt, wspólną odpowiedzialność, wspólny projekt, case do zrobienia, wspólny. I wszyscy funkcjonują, wszystko działa. Tylko dawno nikt nie zapytał, czy ty jesteś jeszcze moją przyjaciółką? Czy ty jeszcze w tej całej historii i w tym całym systemie jesteś moim przyjacielem? Dlatego woda do kostek, mi Bóg przez wodę do kostek i tak kazał mi do was przemówić, woda do kostek mówi o pierwszym poziomie pielęgnowania małżeństwa. Zadbaj o codzienność. No zadbaj o codzienność, nie czekaj na wielki kryzys. Nie czekaj na kolejne nabożeństwo niedzielne, które się skończy gdzieś o 18. Na kolejne rekolekcje małżeńskie. Mi nie przeszkadza, jak ktoś przyniesie sobie wodę czy coś. Nie czekaj na rocznicę, nie czekaj aż ktoś trzeci zajmie się tym, co u ciebie się dzieje, albo jeszcze gorzej, nie czekaj aż ktoś trzeci zajmie się twoją żoną. Nie czekaj aż ktoś trzeci zajmie się twoim mężem bardziej niż ty. Zwróć się w tej codzienności ku współmałżonkowi. Zwróćcie uwagę na drobne próby nawiązania kontaktu. I znowu, to mam spisane z rozmów z wami i z wieloma z was. Czasami to są banalne zdania. Ja to słyszałem w kłótniach małżeńskich, że ktoś do kogoś powiedział Zobacz jaki piękny zachód słońca. Posłuchaj co się dzisiaj wydarzyło. Ale jestem zmęczony po pracy. Wiesz czego się dzisiaj dowiedziałam? To nie są banalne zdania. Ja wielu ludziom już tłumaczyłem. Te zdania mają jeden wspólny wątek. To jest próba powiedzenia do małżonka Wejdź na chwilę do mojego świata. Wejdź na chwilę do mojego świata. Bądźmy przyjaciółmi. Wejdź na chwilę do mojego świata. Zobacz jaki piękny zachód słońca. Wejdź na chwilę do mojego świata. Posłuchaj co się dzisiaj u mnie w pracy wydarzyło. Wejdź na chwilę do mojego świata. Ale jestem dzisiaj zmęczony. Miałem trudny dzień. Wejdź na chwilę do mojego świata. Wiesz czego się dzisiaj dowiedziałem? To są takie zaproszenia, które my często ignorujemy. I kiedy się z tym spotykamy, można zrobić jedną z dwóch rzeczy. Można zwrócić się do tej osoby i wejść do jej świata. Albo można odwrócić się od tej osoby, a mówi o twoim mężu i twojej żonie. Albo się od niej odwrócić. Więc kiedy żona mi mówi. Kochanie. Nie, ona wtedy nie mówi kochanie, kiedy mnie zaprasza do swojego świata. Te zaproszenia są bardzo subtelne. Ja też wtedy nie mówię kochanie. Więc ona mi mówi tak. Ciężki miałam dzisiaj dzień. Więc to ja mogę powiedzieć tak. Mhm. I dalej scrollować. I patrzeć co kto napisał na tym Facebooku. A mogę powiedzieć tak. Mogę odłożyć ten telefon. I powiedzieć. No ale co się wydarzyło? Są dwie sekundy różnicy. A zmieniają dom nie do poznania. Nie do poznania. Emocjonalnie to są dwa różne małżeństwa. Dwa różne światy. Ten który mówi mhm. A ten który odkłada wszystko i mówi. Co się wydarzyło? Opowiedz mi o tym. To są dwa różne małżeństwa. Albo ja do mojej żony mówię. Martwię się tą sytuacją. Martwi mnie to. Boję się tego. Żona może mi odpowiedzieć. Ty się wszystkim przejmujesz. Albo. Widzę, że naprawdę Cię to obciąża. Porozmawiajmy o tym. Pierwsza odpowiedź powoduje, że. Nie mam ochoty mówić o żadnych problemach. Nigdy już. Albo przynajmniej przez bardzo długi czas. A druga. Otwiera. Otwiera dom. Otwiera miłość. Otwiera przyjaźń. Otwiera wszystko. I właśnie z takich elementów. Składa się głębokość ta. Po kostki. Więc pierwsza konkretna rada. Nie trick. Przestań dawać. Współmałżonkowi resztki. Przestań dawać. Współmałżonkowi resztki. Popatrzcie. To też z mojego domu. Ale z Twojego też. W pracy bardzo często jesteśmy uprzejmi. Dla ludzi w kościele. Bardzo często jesteśmy. Nadzwyczaj. Cierpliwi. Dla obcych ludzi. Mamy kulturę osobistą. Na poziomie. Jak ktoś do nas obcy napisze. Trzeba mu odpisać. Spotkania z kimś. Traktujemy bardzo poważnie. A do domu. Zazwyczaj. Przenosimy resztkę. Przenosimy zmęczenie. Rozdrażnienie. Telefon. Milczenie. I tłumaczymy to słowami. No przecież przy Tobie mogę być sobą. Wiecie, że to jest prawda o moim i Twoim domu. I z tego trzeba pokutować. My to musimy w końcu zmienić. Oczywiście, że przy małożonku możesz być sobą. Ale bycie sobą nigdy nie oznaczało bycie najgorszą wersją siebie. Tylko najlepszą wersją siebie. Twoja żona nie ma obowiązku otrzymywać, albo nie ma powinności otrzymywać najmniej uprzejmej wersji Ciebie tylko dlatego, że jest najbliżej. Ale w drugą stronę Twój mąż nie powinien słyszeć słów, których nigdy nie powiedziałabyś obcemu mężczyźnie. Nigdy byś sobie na to nie pozwoliła. To Twój mąż tym bardziej nie powinien ich słyszeć. Czasem warto sobie zrobić bardzo prosty test. Ja od jakiegoś czasu tak robię. Czy w ten sposób bym się zachował, albo czy powiedziałbym to w taki sposób, uwaga, swojemu przełożonemu. Bo jeśli nie, jeśli dochodzę do wniosku, że byłoby to niegrzeczne, to jak mogę w taki sposób się zachować, albo w taki sposób powiedzieć do kobiety, której ślubowałem miłość. Ślubowałem jej miłość. Druga rada. Po kostki na razie. Nie pozwól, żeby pogarda weszła do Twojego domu, do języka Twojego domu. Są konflikty, które po prostu można przeżyć. Są różnice charakterów, które można zaakceptować. Można czasami nawet mieć odmienne zdanie. Można się nawet pogniewać. Ale to wszystko można. Natomiast jest coś, czego nie można. Nie można niszczyć małżonka pogardą. I znowu, to są prawdziwe zdania chrześcijan, nie świata. Ty jesteś idiotą. Z Tobą zawsze jest to samo. Jak zwykle niczego nie rozumiesz. Po Tobie niczego innego się nie spodziewałem. Powiem więcej. Czasami nawet nie trzeba tych słów mówić. Nieraz widziałem pogardę w stylu przewrócenie oczami, ironiczny uśmiech, westchnienie albo kpina. Czym jest pogarda u małżonków? To jest czytelny komunikat. Ja jestem wyżej, a Ty jesteś niżej. I nigdy wtedy nie zbudujesz na tym bliskości. Tak się nie da bliskości budować. Dlatego jeżeli w czyimś domu pojawiła się pogarda, jeżeli to są Twoje zdania albo Twoje przewracanie oczami, ironiczny uśmiech, westchnienie, przestań to traktować jak normalny element małżeństwa. To jest bardzo poważny alarm w Twoim domu. Bardzo poważny alarm w Twoim domu. Zmień to. Trzecia rada. Kostki. Ale jesteśmy w kostkach. Czyli ten najmniejszy poziom. Życie. Trzeba kochać pastora. A nie tylko mówić, że u nas, nieważne ile pastor głosi, my słuchamy. Sprawdźmy. Nie używajmy ciszy w naszych domach jako broni. Czasami potrzebujemy czasu, żeby ochłonąć, żeby była jasność. I to jest zdrowe, to jest w porządku. Tego się też trzeba nauczyć. I mądrze jest i po Bożemu jest powiedzieć teraz jestem zbyt wzburzony. Oczywiście mówimy to z większą ekspresją. Teraz jestem zbyt wzburzony, potrzebuję 30 minut i potem wrócimy do tej rozmowy. Porozmawiamy o 20 na przykład. I to jest w porządku. To jest OK. To jest regulacja emocji, to jest bardzo dobry zwyczaj. Ale czymś innym jest karanie ciszą. Czyli na przykład dwa dni bez rozmowy, trzy dni bez rozmowy. Znowu ja to przeżyłem, myśmy z tego pokutowali. Ja nie mówię z książek. Takie chodzenie obok siebie, wiecie, demonstracyjne. Że przejdę i nawet nie dotknę. Nawet nie musknę. Przeszliśmy takie historie. Albo brak odpowiedzi, który doprowadza do szewskiej pasji po prostu. Zmuszanie drugiej osoby tą ciszą, żeby zgadywała, żeby w końcu wpadła na pomysł, co ona takiego strasznego zrobiła. To nie jest rozwiązywanie konfliktów. To jest przemoc. To jest bardzo poważna przemoc. To jest forma kontroli. Chrześcijanin mówi, jestem zraniony i potrzebuję czasu, ale wrócimy do rozmowy, a niedojrzały chrześcijanin, delikatnie mówiąc, mówi tak, będę milczał tak długo, aż zaczniesz cierpieć wystarczająco mocno i zrozumiesz, co mi zrobiłeś, tudzież zrobiłaś. Delikatnie mówiąc, niedojrzały chrześcijanin. Czwarta rada. I naprawdę wielu jej potrzebuje. Codziennie zauważ dobro. Mamy mózgi. Czasem to dobrze, czasem to źle. W tym przykładzie to źle. Dlatego, że mózg ma taką naturalną skłonność do zauważania zagrożeń i problemów. Naukowcy będą mówić, że ewolucja w nas to wytworzyła, natomiast Biblia mówi, że tak zostaliśmy stworzeni. Mamy naturalną taką zdolność. Zauważasz zagrożenia i problemy. Reagujesz. To jest mechanizm obronny. Tak ma być. To Pan Bóg stworzył. Z perspektywy przetrwania ma to sens. Ale problem zaczyna się, kiedy po latach małżeństwa człowiek doskonale już zauważa wszystko. Każde zagrożenie, każdy problem. Wszystko, czego druga osoba nie zrobiła, ale przestaje zauważać setki rzeczy, które robi. Z naszych rozmów duszpasterskich. Co zauważałem? Bardzo często ktoś już nie widział, że ta druga osoba przygotowała posiłek. Tak by to było. Tak ma być. I nie zauważał już codziennego dobra, że ta druga osoba przygotowała posiłek. Albo ta druga osoba pracowała. Albo troszczyła się o dzieci. Albo naprawiła coś po pół roku. Wiadomo. Musi dojrzeć. Bardzo często nie widzimy zmęczenia, starań. Zaczynamy traktować te dobro, na przykład przygotowany posiłek jest częstą rzeczą, zaczynamy traktować to dobro jako obowiązek, ale każde niedociągnięcie zaczniemy traktować jako osobistą zniewagę. Ona mnie osobiście tym znieważyła. Osobiście mnie tym znieważył, pastorze. Też tyle razy słyszałem. Dlatego potrzebna nam jest praktyka wdzięczności. Uwaga. Trzeba to wypowiadać. Pan Bóg stworzył przez wypowiedzenie, a nie poprzez pomyślenie i to powinien być dla nas wzór. Więc nie tylko mamy pomyśleć. Trzeba powiedzieć. Dziękuję, że to zrobiłeś. Dziękuję, że to zrobiłaś. O jakim my mieliśmy wczoraj piękny dzień. Wstałem rano o, nie pamiętam już tam, piątej czy którejś, bo przecież nie mogliśmy jechać o dziewiątej, a i tak dojechaliśmy na jedenastą, tylko trzeba było wyjechać o szóstej w sobotę w góry. No i jak mnie żona zaskoczyła, wstała razem ze mną o tej piątej, za jednym okiem, drugie spało i tak patrzy na mnie i wziął sobie kanapki. I tak mówię, kochanie, jest piąta rano. Być może uda mi się kawę wypić. A potem jadę na braterskie w góry. I jadę, bo jestem pastorem. I to mnie trzyma przy życiu w tej historii. Bo jest szósta rano w sobotę, piąta rano. A patrzę, co ona zrobiła. A ona wstała i zrobiła mi kanapki. I to przepyszne kanapki. Dalej było jedno oko zamknięte, żeby potem iść spać. Ale zrobiła mi kanapki. Dziękuję, że to zrobiłeś. Dziękuję, że to zrobiłaś. Ile to przyniosło ciepła w domu. Mi te kanapki smakowały, a jej się przyjemnie oczekiwało, aż wrócę do domu. Taki prosty gest, ale wypowiedziany. Albo widzę, ile cię to kosztowało. Dobrze, że jesteś. Doceniam to. Coś, z czego się bardzo długo uczyłem. No bo oczywista rzecz, by się wydawało. Pięknie dzisiaj wyglądasz. Do dzisiaj myślę, wczoraj też tak wyglądałaś. Po co ja to mówię? Ale nauczyłem się, że to ma znaczenie. Pięknie dzisiaj wyglądasz. I już bez tego. Wczoraj też tak wyglądałaś, zawsze tak wyglądałaś. Jak przestaniesz tak wyglądać, to ci powiem. Nie. Bo nauczyłem się nie zakładać, że ona to wie. I w drugą stronę. Moja żona się nauczyła nie zakładać, że przecież on wie, że go szanuje. Mówi mi to. Szanuję cię. To mi się bardzo podobało, jak to zrobiłeś. Kocham cię. Chodzi o komunikat, że to nie jest tylko mój współrodzic, współlokator, współprzedsiębiorca instytutu domowego, współpodatnik, współpłaciciel rachunków. Tylko to jest nadal człowiek, którego wybieram. Nadal to jest kobieta, którą wybieram. I w drugą stronę. Nadal to jest mężczyzna, którego wybieram. Wybieram. Uważajcie też na dzieci. Też to wiem z doświadczenia. To jest w ogóle szczególnie ważne. Dzieci są wielkim darem Boga. Wielkim darem Boga. Trójkę. Nie zatrzymujemy się. Są wielkim darem Boga. Ale bardzo łatwo dopuścić, i wielu z was do tego dopuściło. Bardzo łatwo dopuścić do tego, żeby dzieci całkowicie, całkowicie pochłonęły relację małżeńską. Przez kilkanaście, czy potem, czy u niektórych przez kilkadziesiąt lat wszystko obraca się wokół dzieci. To jest dla mnie zrozumiałe. Sam jestem rodzicem. Zęby, zęby, kupa, siku, wakacje. Wszystko jest dla mnie zrozumiałe. Oceny, przyjaciele. Wszystko jest okej. Tylko uważajcie, bo dzieci pewnego dnia dorastają. Wyjdą z domu. I oby się nie okazało, że kiedy wyjdą z domu, mąż spojrzy na żonę, żona na męża. Kim ty właściwie jesteś? My się już w ogóle nie znamy. Kim ty jesteś? Nie wolno wychowywać dzieci kosztem swojego małżeństwa. Najlepszą rzeczą, jaką można dać dzieciom, to jest zdrowa relacja ich rodziców. Dziecko nie potrzebuje idealnych rodziców. Nie musisz być idealnym rodzicem. Dziecko potrzebuje zobaczyć, jak wygląda miłość, która potrafi na przykład przeprosić. Jak wygląda konflikt, który nie kończy się zniszczeniem i zdeptaniem drugiego człowieka. Jak wygląda czułość. Jak wygląda szacunek. Jak wygląda przebaczenie. Jak wygląda granica. Jak wygląda odpowiedzialność. To potrzebuje dziecko zobaczyć i to mamy dać swoim dzieciom, a nie zagubienie się i już nieznajomość siebie nawzajem. Otóż dzieci uczą się małżeństwa na długo przed swoim ślubem, patrząc na nas. To mi powiedziała Nadia. To mi powiedziała niedawno Nadia, więc to nie jest tak, że mówię to z książki. Już to mówię z domu. To mi powiedziała Nadia, że ona uczy się małżeństwa, patrząc na nas. Chwała Bogu, że podziękowała za to, czego się uczy. Niech tak będzie. Woda do kolan. Zaczynamy pędzić w tym kazaniu. Woda do kolan. I znowu odmierzył tysiąc łokci. I kazał mi przejść przez wodę, która sięgała mi do kolan. Kolejne tysiąc łokci. Kolejny krok. Kolejny poziom. Ezechiel musi znowu w to wejść. Zobaczcie, on nie może powiedzieć ok, do kostek mi wystarczy. Czyli nikt nie może powiedzieć dobra, wystarczy tego kazania do kostek, nie mógł tak powiedzieć, mąż prowadzi dalej, kaznodzieja poprowadzi dalej, będziemy jakoś żyć w tej historii. Ta woda do kostek, to co mówiłem do tej pory, dotykało codzienności, takie małe rzeczy, małe zachowania i takie zwyczajne gesty. Wielu z nas niestety musi się tego nauczyć, ale to są małe rzeczy, to powinno być oczywiste. Woda do kolan w takim razie będzie mówić o czymś znacznie, o czymś może nie znacznie, no i znowu kostki z chodzeniem, to więc pytam Boga, dobrze kolana, jak mam rozumieć kolana w tej wizji? Jeżeli chcesz mi przez nią Panie może pokazać na małżeństwo. I moment przyszło o zrozumienie, że kolana kojarzą mi się, mam nadzieję, że Tobie też, z modlitwą, z pokorą, z poddaniem się Bogu. Ja kiedy, kiedy Pan Bóg ma powody, żeby nie być ze mnie dumny, no to padam na kolana. Wtedy się gorliwie modlę, trwam w takiej pokorze, poddaję się Bogu, załatwiam sprawę, kolana mi się z tym kojarzą. Może rzadko się modlę na kolanach, ale kiedy się modlę na kolanach, to to już ma ten wymiar. Małżeństwo zaczyna chodzić po kolana i zaczyna się zmieniać wtedy, kiedy dwoje ludzi zaczynają już walczyć wyłącznie o te swoje racje i o swój dom, ale zaczynają wspólnie klękać przed tym samym Bogiem. Wow. O co mi chodzi? Nie chodzi o to, że wszystkie konflikty od razu znikną, gdy wejdziemy po kolana. Nie chodzi o to, że od tej chwili zawsze będziecie mieć jedno zdanie. Nie. Nie chodzi nawet o to, że nie będzie. Chodzi o to, że kiedy się wspólnie modlimy, kiedy jesteśmy w małżeństwie po kolanach, kiedy jesteśmy w pozycji kolan, to zmieniają się nasze serca. Bo kiedy stoję naprzeciwko mojej żony i sobie myślę muszę Ci udowodnić, że mam rację, to bardzo szybko mały konflikt przeradza się w dużą wojnę. Też to nieraz przeżyliśmy. Ale kiedy zaczęliśmy razem stawać, czy klęczeć przed Bogiem, pojawiła się jakaś inna perspektywa. Już nie ja kontra ona, ona kontra ja, tylko okej, razem jesteśmy przed Bogiem. Pojawia się jakaś inna perspektywa. I nagle zaczyna być inne pytanie ważne. Już nie pytamy kto wygra, kto ma rację, kto jest winny, tylko w środku siebie odczuwać, że jak nasze małżeństwo wygląda przed Bogiem. Jak ta historia, co my ją właśnie wyprawiamy, wygląda przed Bogiem. Jak to w ogóle zmienić, żeby przestać szukać winnego, a poszukać rozwiązania. I też niejednym małżonkom to powiedziałem. Chcecie znaleźć winnego? Idźcie do sądu. Tam pokopią, poszukają, posprawdzają, kto jest winny. Albo będzie jeden winny, albo będzie drugi winny, albo będą razem winni. A my możemy w Kościele poszukać rozwiązania. Niewinnego. To jest ogromna różnica. Dwoje ludzi. Dwoje ludzi. Mąż i żona. W naszym, w Twoim małżeństwie tak samo. I oby się to nigdy nie zmieniło, że to będzie zawsze oznaczało mąż i żona. Dwoje ludzi. Wychowani jesteśmy w różnych domach. Bardzo różnych. Mamy różne temperamenty. Bardzo różne. Ja mam pozytywny. Nie ma takiego czegoś, oczywiście. Mamy różne temperamenty. Mamy też różne doświadczenia. Mamy różne z moją żoną sposoby reagowania na różne okoliczności. I bardzo często nie myślimy identycznie. I zauważyłem w modlitwie, kiedy się razem modlimy, że problemem nie jest to, że się różnimy. To nie jest problem, że my pochodzimy z różnych domów, że mamy różne temperamenty, różne charaktery, różnie reagujemy. To nie jest problem. Problem zaczyna się robić wtedy, kiedy różnica stała się zagrożeniem dla mojego życia. Ona jest różna i to zagraża mojemu życiu. On jest różny ode mnie i to zagraża mojemu życiu. Często miała bardzo subtelną formę, a powiem jedną. Otóż zauważyłem, że ona nie umie spać. Nie potrafi spać. Nie potrafi spać, dopóki naczynia nie są w zmywarce. A wcześniej jak nie mieliśmy zmywarki, bo był taki czas, no to dopóki nie są umyte. A ona zauważyła, że ja nie potrafię spać. Nie potrafię zasnąć, kiedy skarpetki są w koszu na pranie, a nie przy łóżku. Nie da się spać w takich warunkach. I to nie był problem. Problem był, kiedy zacząłem uważać, że to zagraża mojemu życiu w ogóle. Że ta historia to się już z tyle skończy. Z tą zmywarką i z tymi skarpetkami. Oczywiście mówię o śmiesznych rzeczach. Niektórzy mają znacznie poważniejsze problemy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś nie potrafi znieść, że druga osoba może widzieć to inaczej. Kiedy ktoś odmienne zdanie w jakiejś kwestii zaczyna traktować jako brak szacunku. Kiedy ktoś zamiast usłyszeć pytanie, słyszy atak. Kiedy ktoś każdą uwagę traktuje jako oskarżenie. Bo co się wtedy dzieje? Uruchamia się w nas obrona. Zaczynamy się tłumaczyć. Albo kontratakować. Przypominać stare historie. Bardzo wiele małżeństw tak robi. Minimalizować problem. Odwracać odpowiedzialność. Zraniło mnie to, co powiedziałeś. A mąż odpowiada. A ty w zeszłym tygodniu powiedziałeś coś gorszego. Znacie to z własnych domów? Bo ja znam ze swojego. Ilu z nas taki błąd zrobiło? Albo czuję, że... Mąż, ja to kiedyś powiedziałem. Czuję, że ostatnio nie mamy dla siebie czasu, kochanie. Oczywiście chodziło mi o romantyczny wieczór. Odpowiedź mojej żony. A kto niby zajmuje się wszystkim w tym domu? I po romantycznym wieczorze. Żeby była jasność. To nie oznacza, że zawsze przejmujemy winę za wszystko na siebie. Ale jesteśmy zdolni zapytać. Czy w tym, co słyszę, jest coś prawdziwego o mnie? To jest w ogóle bardzo dojrzałe pytanie. Czy druga osoba powiedziała to idealnie? Czy ona idealnie mi zwróciła uwagę? Czy użyła właściwego tonu? Czy w odpowiedni sposób nadała temu rytm? Czy sama jest bez winy? Nie. Czy jest w tym, co ona powiedziała, coś, co powinienem zobaczyć? I patrzcie na tą samą historię. Ja do niej. Czuję, że ostatnio nie mamy dla siebie czasu. I ona by zaczęła myśleć. Dobrze, czy jest w tym coś, co powinnam w sobie zobaczyć? Ona mi odpowiada. A kto niby zajmuje się wszystkim w tym domu? I gdybym ja potrafił wtedy... Dobrze, ale czemu ona tak powiedziała? W czym mogę jej pomóc, żeby tak nie myślała? Kolana nam pomogły. Wspólna modlitwa nam pomogła. Przestaliśmy, bo nie da się tego zrobić. Jak klęczysz ze swoją żoną albo żona z mężem i modlisz się do Boga. Oczywiście rozmawiamy o chrześcijanach, nie o ludziach religii. Nie jesteś w stanie klęczeć przy żonie i na głos się modlić. Boże, zmień moją żonę! No bo to już jest kabaret, a nie modlitwa. Nikt tak normalnie nie robi. No więc nikt nie prosi wtedy, a przynajmniej nie wyłącznie o zmianę współmałżonka. Raczej prędzej czy później ludzie zaczynają się modlić. Badaj mnie, Boże. Pokaż mi moje serce. Nawet jak to się zaczyna od takiego kabaretu, czyli sobie napisałem Panie, zmień mojego męża. Panie Boże, tak Cię kocham, jesteś wszechmocny. Zmień mojego męża! I mąż się modli. Panie! Dotknij się mojej żony! Pokaż jej! Otwórz oczy jej, Panie! Ja mam wrażenie, że wtedy Bóg na głos odpowiada. Porozmawiajmy najpierw o Tobie. No, ale w końcu wchodzimy w ten etap tej wspólnej modlitwy. Badaj mnie. Nie badaj moją żonę, tylko badaj mnie. Nie badaj mojego męża, tylko badaj mnie. I to zaczyna wszystko zmieniać. Zaczynamy szukać odpowiedzi na pytanie przy tych kolanach. Poszukaj odpowiedzi mężu na to pytanie. Poszukaj żony odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego ona taka jest? Dlaczego ja reaguję na to w taki sposób? Ja sobie zrobiłem kiedyś rachunek sumienia po takiej modlitwie i napisałem pytania do siebie. To jest o mnie, więc mogę to uczciwie powiedzieć. To nie jest o kimś. To zaprowadziło mnie bardzo głęboko, te nasze wspólne modlitwy. Dlaczego podnoszę głos? Dlaczego ja podnoszę głos na moją żonę? Dlaczego muszę mieć ostatnie słowo? Dlaczego uciekam z rozmowy? Dlaczego tak bardzo boję się krytyki? Dlaczego od razu się bronię? Dlaczego nie potrafię powiedzieć przepraszam? Dlaczego milczę? Dlaczego karzę dystansem? I odkryłem wtedy, że to nie jest reakcja na mojego współmałżonka. To było dla mnie bardzo odkrywcze. To nie była reakcja na moją żonę. To była reakcja na moją własną historię. Ja tak reagowałem z powodu mojej własnej historii, a nie z powodu tego jaka jest Sylwia. Zauważyłem, że to ja mam pewne problemy, że czasem są problemy, bo w domu rodzinnym trzeba było walczyć, żeby zostać usłyszanym albo zauważonym. Czasem u kogoś krytyka może oznaczać albo oznaczała odrzucenie. Konflikt zawsze oznaczał niebezpieczeństwo. Nikt nigdy nikogo nie przepraszał. Przyznanie się do błędu to była słabość. I ja to wszystko przyniosłem do swojego małżeństwa. Wszystko to przyniosłem do swojego małżeństwa. Dlatego tak reagowałem. I przestałem się modlić, panie zmień moją żonę. A zacząłem się modlić, panie, co ty chcesz z tym wszystkim zrobić we mnie? We mnie. Bo nie wszystko, co wynosimy z domu musimy przekazać naszym dzieciom. Nie każdy mechanizm, który pomagał kiedyś przetrwać, jest dobry dla mojego domu, dla mojego małżeństwa. I ta wspólna modlitwa to rozbiła. Kolejną rzeczą, te kolana małżonków. Wspólna modlitwa rozbija pogardę. Zawsze rozbija pogardę. Rozbraja tą pogardę. To o czym mówiłem przy kostkach o tej pogardzie. Ta wspólna modlitwa będzie ją rozbrajać. Powinniście się. Musicie to robić. Razem modlić. Róbcie to. No róbcie to kościele, bo to jest najlepsza akcja do rozbrojenia pogardy. To nie musi być godzina modlitwa. To nie musi być 30 minut. To może być 5 minut szczerej modlitwy. Wspólnej modlitwy. Tylko nie takiej wygłoszonej językiem religijnym, bo wtedy jest 2 godziny zanim przejdziecie do sedna. Szczera modlitwa. Jest coś niezwykłego w historii, kiedy mąż i żona stoją razem przed Bogiem. Czemu? Bo bardzo trudno, bardzo trudno jest szczerze błogosławić człowieka przed Bogiem. Czyli klęczę z moją żoną. Bardzo trudno jest ją szczerze błogosławić, a minutę później świadomie nią gardzić. I w drugą stronę. Nie pytałem jej o to, ale jestem pewny, że bardzo trudno byłoby wspólnie klęknąć i żeby ona mnie błogosławiła przed Bogiem, a minutę później mną gardziła. Trudno modlić się. Panie, chroń moją żonę, daj jej siłę, błogosław jej serce, pomóż jej w jej problemach, a później traktować ją jak przeszkodę. To trzeba mieć rozwojenie jaźni. Albo błogosław mojego męża, a jednocześnie, nie wiem, minutę później podcinać mnie jakimś szyderstwem czy czymś takim. No to trzeba być chorym. Wtedy trzeba iść do lekarza. Więc co mam na myśli? Wspólna modlitwa nie tworzy automatycznie dojrzałości, ale stawia nas w miejscu, gdzie Duch Święty zacznie konfrontować nasze serce. Tylko tu mam przestrogę, niestety też z doświadczenia. Brąć się, Panie Boże, brąć się, Panie Boże, żebyś używał modlitwy jako kazania skierowanego do współmałżonka. Niestety, z pamiętnika z rozmów duszpastelskich. Panie Boże, proszę Cię, abyś pomógł mojej żonie wreszcie zrozumieć, że powinna bardziej szanować swojego męża. To jest autentyczna modlitwa jednego z naszych braci. Albo autentyczna modlitwa jednej z naszych sióstr. Panie, pokaż mojemu mężowi, że człowiek odpowiedzialny nie zachowuje się tak jak on. To nie jest modlitwa. To jest agresja. To jest agresywne kazanie prowadzone i wplątane w to Pan Bóg. Pan Bóg nie jest pośrednikiem w kłótni. Modlitwa nie jest do tego. To nie jest pośrednik w kłótni. Jeśli masz coś do powiedzenia swojemu małżonkowi, to mu to po prostu powiedz uczciwie. To przyniesie więcej niż to, co przed chwilą pokazałem. Jeszcze poważniejsza sprawa. Nie wolno traktować Biblii jako takiego narzędzia do budowania jakiejś pozycji duchowej albo do jakiejś kontroli czy manipulacji czy kontrolowania. Podam przykład. Nie wolno żadnemu mężowi. Żadnemu nie wolno tego powiedzieć. Nie wolno tego wypowiedzieć na głos. Jeśli to zrobiłeś pokutuj i nigdy tego więcej nie rób. Nie wolno żadnemu mężowi powiedzieć tak. Jestem głową domu, więc masz zrobić, co mówię. Nie wolno ci tego robić. To jest ochydne przed Bogiem. Ochydne. Nie wolno każdą rozmowę i każdą próbę ratowania małżeństwa. Biblijne przywództwo męża nie jest licencją na dominację. Nie jest licencją do zarządzania swoją żoną. Jeśli chcemy patrzeć, jak to rozumie Biblia, to patrzmy na Chrystusa. Jego przywództwo jest ofiarne, odpowiedzialne, pełne troski i pełne szacunku. A słowo przetłumaczone na język polski w Bibliach panować w oryginale brzmi opiekować się. Opiekować się. Opiekować. Masz się opiekować. A to są dwa różne znaczenia. Tak samo żona nie powinna używać Biblii do takiej swojej manipulacji. Do jakiegoś wykorzystania poczucia winy. Biblia nie jest narzędziem przemocy. To jest w ogóle nadużycie w wielu małżeństwach. Teraz dalej. Po kolana. Czyli uczymy się przepraszać. Bez ale. Po kostki przepraszamy, ale tam jest jeszcze ale. Przepraszam cię, ale. Po kolana. Przepraszamy bez ale. Jak brzmią prawdziwe przeprosiny według dzieci, od których się możemy tego uczyć? Pytałem moich. Prawdziwe przeprosiny. Zrobiłem źle. Kropka. Zraniłem cię. Kropka. Nie powinienem był tak powiedzieć. Kropka. Przepraszam. Kropka. Przeprosiny dorosłych. Przepraszam, ale mnie sprowokowałeś. Przepraszam, ale gdybyś mnie posłuchała, to nie są przeprosiny. To jest usprawiedliwienie przebrane za przeprosiny. I powinniśmy się tego uczyć. Mogę powiedzieć, to co zrobiłaś było złe, ale mój krzyk również był zły. Za swój krzyk odpowiadam ja. I to mi się zdarzyło kilka razy. To jest normalna rozmowa małżonków. Dalej, nie wymuszamy przebaczenia. Po kolana jesteśmy. Nie wolno wymuszać przebaczenia, też niestety z praktyki wielu domów. Jeśli kogoś zraniłeś, szczególnie głęboko, nie możesz żądać natychmiastowego powrotu do zaufania. Możesz i powinieneś prosić o przebaczenie. Możesz się nawracać, możesz naprawiać szkody, ale nie możesz powiedzieć, znowu autentyczne zdanie, przecież przeprosiłem, jest chrześcijanką, więc musi mi już zaufać. Nie musi. Przebaczenie i zaufanie to nie jest to samo. Przebaczenie rezygnuje z zemsty. Zaufanie jest budowane przez wiarygodność. To są dwa różne terminy. Drogi bracie, jeśli zdradziłeś, na przykład pornografią, droga siostro, bo okazuje się, że dotyczy to dzisiaj również kobiet, jeśli zdradziłaś, na przykład flirtem albo pornografią, nie wolno ci naciskać. Ile jeszcze będziemy do tego wracać, musisz mi przebaczyć. Skutki niektórych grzechów znacznie dłużej trwają niż moment wyznania. Prawdziwa pokuta ma pewne siostry. Cierpliwość, cierpliwość, cierpliwość, cierpliwość, zwłaszcza do bólu, który sami spowodowaliśmy u drugiej osoby. Człowiek naprawdę skruszony nie mówi przeprosiłem, więc już o tym nie mówmy. Mówi rozumiem, że teraz jest potrzebny czas do odbudowy zaufania, więc będę cierpliwy i będę wiarygodny. Kolana powinny w tych historiach przypomnieć jeszcze coś. Nawet jak jesteśmy już w tym miejscu, rozumiemy przebaczenie, rozumiemy zaufanie, to kolana niech ci przypomną jeszcze coś. Nie wszystko naprawimy sami. Pewne rzeczy nie potrafimy naprawić sami. Nawet jeżeli te wszystkie mechanizmy dobrze zadziałają. Czasem najbardziej pokorną rzeczą jest wspólne powiedzenie w tej modlitwie potrzebujemy pomocy. I nie oznacza to, że ktoś jest mniej duchowy. I teraz przytyki, napomnienia do Kościoła, do naszego mniej, ale do wielu. Otóż nie. Ludzie, którzy rozmawiają z terapeutami, nie są mniej duchowi. Bezczelnym typem trzeba być, żeby powiedzieć, że tacy ludzie są mniej duchowi. Nie ma mniejszej wiary człowiek, który korzysta z jakiejś terapii małżeńskiej. Na przykład u swojego duszpasterza. Jak ktoś złamie nogę, zdarzyło się komuś złamać nogę? Modliłeś się wtedy? A poszedłeś do lekarza? Patrz, dało się połączyć. Jak ktoś złamie nogę, no to modli się, ale idzie do lekarza, nie? Nie przeciwstawia tych dwóch rzeczy sobie. A więc, jeśli ktoś przez lata utrwalał jakieś destrukcyjne wzorce komunikacji, jakieś sprzeczne sygnały, nie radzi sobie z tym, to pomoc doświadczonej osoby może być i często jest właśnie jednym z narzędzi, które wykorzystuje Bóg, żeby tym ludziom pomóc. Mądrość polega również na tym, ta Boża mądrość, że rozpoznajemy własne ograniczenia. Czasami dwoje ludzi jest tak bardzo uwikłanych w konflikt, że każda rozmowa już idzie tym samym torem i nie naprawicie tego sami. Już są tak wypalone ścieżki, że każda rozmowa idzie tym samym torem. Ona ma zawsze ten sam scenariusz. On mówi jedno, a ona słyszy coś innego. Ona odpowiada, a on interpretuje to w jakiś specyficzny sposób i pięć minut mija i oni już nie rozwiązują problemu, tylko się znowu bronią i walczą. Nie rozwiążą tego sami, nie rozwiążą. Wtedy jest potrzebny ktoś trzeci, ktoś kompetentny, ktoś bezpieczny, ktoś bez tych emocji, ktoś kto pomoże zatrzymać ten schemat. I drogi bracie, droga siostro, drogi kościele, to nie jest porażka wiary. To nie jest brak duchowości, to nie jest brak wiary. Porażką jest udawanie kolejne dziesięć lat, że jakoś to będzie i że nie potrzebujemy pomocy. To jest prawdziwa porażka. Albo suchy rozwód, albo prawdziwy rozwód. I znowu, ponieważ weszłem na niebezpieczny grunt, to postawię wyraźnie granicę. Nie mam na myśli czegoś takiego. Czyli mam się bardziej modlić, bardziej klękać, bardziej ustępować, poprosić o pomoc, no bo mąż czy żona mnie bije, poniża, zastrasza. Nie? Tego nie powiedziałem. Tego nie mam na myśli. Niech tak nikt nie myśli. Pokora wobec Boga nie oznacza, nie oznacza poddania się przemocy drugiemu człowiekowi. To nie jest pokora. Na tym pokora nie polega. Pokora wobec Boga nie oznacza poddanie się przemocy drugiemu człowiekowi. Jeśli gdzieś istnieje jakaś realna przemoc fizyczna, seksualna, psychiczna, ekonomiczna i tego typu, czy jakieś poważne, ale poważne zastraszanie, najpierw trzeba zadbać o własne bezpieczeństwo. To jest uczciwie postawiona granica. Uczciwie również przed Bogiem. Najpierw trzeba zadbać o własne bezpieczeństwo. Nie wzywamy jako Kościół wtedy, i nie wolno tego robić, i kościoły, które to robią, robią straszny błąd. Nie wzywamy wtedy ofiary do większej uległości wobec sprawcy. To powinno być oczywiste, a nie jest. Wzywamy wtedy sprawcę do zatrzymania przemocy, do odpowiedzialności, do pokuty, do poniesienia konsekwencji. I nie wystarczy wtedy powiedzieć, przepraszam, poniosły mnie emocje. Nie wystarczy. Czasami wtedy jest potrzebne coś znacznie głębszego. Idziemy dalej do pasa. Damy radę? Damy, nie? Idziemy, nie? Idziemy do pasa. Znowu odmierzył tysiąc łokci i kazał mi przejść przez wodę, która sięgała mi do pasa. Zobaczcie, im głębiej wchodzi prorok, tym bardziej ta woda zaczyna wpływać na jego ruch. To jest oczywiste. Kiedy chodzimy w wodzie po kostki, no to chodzimy. W zasadzie idziemy jak chcemy. Kiedy przy kolanach jest woda, to już jest pewien opór, a zwłaszcza jak jest zimna. A jak sięga wyżej ta zimna woda, kto przeżył ten wie, to już trzeba liczyć się z siłą nurtu. I to jest bardzo dobry obraz tego, co dzieje się w małżeństwie, kiedy ta relacja małżonków staje się naprawdę głęboka i zaczyna się pogłębiać. Bo małżeństwo powierzchowne, czyli do kolan, bo nadal byliśmy w powierzchowności, chociaż dla wielu to już jest szczyt, to była powierzchowność. Ta powierzchowność może trwać lata i ona będzie się kształtować na poziomie właśnie tych zadań, obowiązków i takiego dbania o miłość, o dom, o poczucie bezpieczeństwa w domu. Ktoś gotuje, ktoś pracuje, ktoś odwozi dzieci, ktoś coś robi i w tym wszystkim nie chcemy się zgubić. Ale głębokie małżeństwo, i to jest test, czy jesteś w głębokim małżeństwie. Głębokie małżeństwo zaczyna wchodzić w pewne przestrzenie dużo bardziej wrażliwe, jak ta zimna woda, co dociera do pasa. Zaczyna być wrażliwie. Kto przeżył ten wie, zwłaszcza mężczyźni, nad Bałtykiem na przykład. Przecież to jest kosmos, jak ona dociera do pasa. Więc o co mam na myśli? Co to są te dużo bardziej wrażliwe, głębokie historie? Boże małżeństwo pozwala w pewnym momencie, żeby Bóg dotknął intymności, seksualności, zaufania, poczucia własnej wartości, ale również wejdzie w styd, w historię domu rodzinnego, w jakieś niespełnione oczekiwania, w jakiś lęk, na przykład bardzo częsty, przed odrzuceniem, przed porzuceniem, w miejsca, w których my naturalnie mówimy tego lepiej nie ruszać, tego lepiej nie dotykać, tam lepiej nie wchodźmy, bo właśnie tam zaczyna się prawdziwa Boża praca. Kiedy dwoje ludzi bierze ślub do ich wspólnego domu, bo zazwyczaj jest taki scenariusz, że wtedy zaczynają mieszkać razem. Kiedy dwoje ludzi bierze ślub do ich wspólnego domu, nie wchodzi tylko mężczyzna i kobieta. Tam wchodzą dwa dzieciństwa. Dwa dzieciństwa wchodzą do tego domu. Dwa z telekomunikacji. Dwa różne, bardzo często, obrazy ojca. Dwa różne obrazy matki. Dwie historie przeżywania konfliktów, różne historie. Dwie historie bliskości. Dwa różne sposoby radzenia sobie ze stresem itd. To wszystko wchodzi do wspólnego domu małżonków. I bardzo często człowiek sobie tak myśli, sam tak kiedyś myślałem, że reaguje na to, co wydarzyło się przed chwilą. A tak naprawdę każda moja reakcja, każda twoja reakcja, każda reakcja w małżeństwie, ona jest sumą reakcji na to, co wydarzyło się przed chwilą, ale również reakcji na to, co nosisz w sobie 20-30 lat. Na przykład, kiedy ktoś słyszy krytykę od swojego małżonka, to on bardzo często reaguje na tą bezpośrednią krytykę, ale również na to, że on w sobie nosi, że kiedyś krytyka kończyła się upokorzeniem. Długo. Ktoś na przykład słyszy milczenie i on reaguje na to milczenie, ale też na to, że w jego domu milczenie to był koszmar. I tak dalej. Więc ci małżonkowie w pewnym momencie oni nie zaczynają walczyć tylko ze sobą. Oni zaczynają walczyć ze swoją historią. Dlatego kłótnie małżeńskie są tak trudne i tak mocne. Bo w pewnym momencie przestają walczyć ze sobą. Oni walczą ze swoją historią, z tym, co wnieśli do domu. Nieświadomie oczywiście. Już mi to kiedyś Bóg pokazał, że nie każdy konflikt dotyczy tego, o co się właśnie ludzie kłócą. I bardzo często rozwiązaniem duszpasterskim nie jest znalezienie tego, o co oni się w tej chwili kłócą. Bo konflikt w ogóle nie tego dotyczy. Czasami kłótnia... Wypisałem sobie kilka przykładów. Już widziałem, że kłótnia o spóźnianie się nie dotyczyła w ogóle spóźniania się. Tak naprawdę była kłótnia o to, że ona myślała, że ona nie jest dla niego ważna. Kłótnia o pieniądze w bardzo wielu domach to w ogóle nie jest kłótnia o pieniądze. O to, że w tym miesiącu brakło na gaz. Albo na czekoladę. Albo na basen. Albo na coś tam. Kłótnia o pieniądze bardzo często nie jest kłótnią o pieniądze, tylko to jest pytanie, czy my jesteśmy bezpieczni. To jest pytanie żony do męża. Czy my w ogóle jesteśmy bezpieczni? Czy ja mam jakieś poczucie bezpieczeństwa w tym domu? Czasami spór. Częsty spór w domach chrześcijan. Czy się to komuś podoba, czy nie. Czasami spór o częstotliwość bliskości i intymności seksualnej. Tak się to ładnie nazywa. Spór o seks. Tak się to też normalnie nazywa. Nie dotyczy w ogóle tylko seksu. Czasami to dotyczy odrzucenia, napięcia, zmęczenia, wstydu. Już się spotkałem z tym, że poczucie atrakcyjności. Mąż oskarżał żonę o to, że jest za rzadko seks, a po wielu rozmowach do wszystkich dotarło, że ona się nie czuła atrakcyjna. I to był powód. To, czemu ona się nie czuła, to jest osobny temat. Ale to było źródłem do rozwiązania, a nie częstotliwość współżycia. I teraz. Człowiek odsłania się tam, gdzie wierzy i ma takie poczucie, że nie zostanie to wykorzystane przeciwko niemu. Co mam na myśli? Jeżeli żona opowiada ci o jakimś swoim lęku, a ty tydzień później wykorzystujesz to jako argument w kłótni, to bardzo możliwe jest, że następnym razem już się żona przed tobą nie otworzy. Drogi bracie. I w drugą stronę. Jeżeli mąż przyznaje ci się do jakiejś słabości, a ty odpowiadasz pogardą, zawstydzeniem, bardzo częstym porównaniem z innymi mężczyznami, to on na 100%, na 100% nauczy się przed tobą milczeć. Na 100%. I później pastor słyszy. On ze mną nie rozmawia. Też bym z tobą nie rozmawiał. Ona już się przede mną nie otwiera. Na jej miejscu też już bym się nie otwierał. Popas oznacza, że małżeństwo zaczyna dostrzegać, że trzeba ze sobą prowadzić trudne rozmowy, ale bez niszczenia tej drugiej osoby. Przejdziemy do seksualności. Nie da się tego ominąć. Dla wielu chrześcijan to jest w ogóle niesamowite. Dla wielu chrześcijan to jest temat, o którym łatwiej mówić przed ślubem i to jeszcze w takiej formie zakazów, czego nie wolno, niż temat po ślubie w formie dojrzałej rozmowy. Wiele braci i sióstr nie potrafi ze sobą na ten temat rozmawiać. I to jest problem. Bo seksualność nie znika w dniu ślubu. A jak znikła ci seksualność w dniu ślubu, to bardzo potrzebujesz pomocy. Seksualność nie znika w dniu ślubu. Przecież według Biblii seksualność pojawia się. Ona się dopiero pojawia w dniu ślubu. Ona się dopiero tam powinna pojawić. Właśnie dlatego chcę powiedzieć jasno do wielu osób. Seks w małżeństwie nie może być, nie może być narzędziem. Nie może być formą nagrody albo formą kary. A na wielu rozmowach duszpasterskich doszliśmy do wniosku, że to jest forma nagrody lub kary. Nie może tak być. Nie może tak być. Kolejna rzecz. Popasu, małżonkowie popasu. Oni przestają mieć sekrety między sobą. Im głębsza relacja, jeżeli chce się w głębokim małżeństwie, to tam jest coraz mniej miejsca na, nazwalibyśmy to podwójne życie. Otóż nie da się zbudować głębokiego małżeństwa na tajemnicach finansowych na przykład. Będziemy mieć tajemnice finansowe przed sobą. Zapomnij o głębokim małżeństwie. Albo ukrytych kontaktach. Albo pornografii. Albo flircie. Albo, też się z tym spotkałem, jakieś ukryte długi. Albo jakieś systematyczne, takie niosące śmierć kłamstwo. I teraz żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie dlatego, że małżeństwo polega na totalnej kontroli drugiego człowieka, ale polega na wiarygodności. Więc jeżeli mówisz do swojej żony, to moja prywatna sprawa to poziom kostki, a nie pas. Albo żona mówi do męża, to moja prywatna sprawa. Poziom kostki, a nie pas. I czasem należałoby zapytać, czy naprawdę to jest moja prywatna sprawa, czy też to już nie jest tajemnica, która narusza wspólne zaufanie i która doprowadzi do destrukcji małżeństwa. Żebyśmy się znowu dobrze zrozumieli. Prywatność jest zdrowa. Każdy człowiek, mąż i żona też. Każdy człowiek ma prawo do własnych myśli, do przestrzeni, do relacji, do takiej godności. Ale, a wiecie, że najważniejsze jest po ale. Ale tajemnica, która wpływa na drugą osobę i świadomie odbiera jej jakąś możliwość podejmowania decyzji, to już jest problem. Jak to odróżnić? Chciałbym, żeby małżonkowie sobie dzisiaj wieczorem zadali takie pytania. Trzy pytania. Pierwsze. Samemu sobie. Czego jeszcze o mnie nie wiesz, bo boję Ci się to powiedzieć? Drugie. Czego boję się najbardziej w naszej relacji? I trzecie. Co robię, kiedy to wszystko się uruchamia? Jeżeli nie umiesz odpowiedzieć na te pytania, nie jesteś w tym miejscu. Musisz się uczyć tej głębokości. Teraz idziemy już głęboko. Przestajemy czuć dno w tej wizji. Punkt kulminacyjny wejścia do wody. Mamy kostki, kolana, pas i tu Ezechiel przestaje czuć grunt pod nogami. Wcześniej on w pewien sposób, jak sobie to wyobrazić, decydował, gdzie postawi kolejny krok. Gdzie da nogę. Ale w tym momencie, kiedy go porywa rzeka, on już zero kontaktu z dnem. On już nie kontroluje tego. Nie da rady. Musi płynąć. Albo się topić. Z dwóch. I wydaje mi się, że tutaj właśnie, w tym miejscu, znajduje się jedna z najważniejszych prawd o małżeństwie. O dojrzałym małżeństwie. Być może najważniejsza część dotycząca kazania. A na pewno tej wizji. Przychodzi taki moment w życiu, kiedy trzeba zrezygnować z iluzji, że wszystko da się kontrolować w swoim małżeństwie. Musisz zrezygnować z tej iluzji, że będziesz wszystko kontrolować w swoim małżeństwie. Zobaczcie, kiedy bierzemy ślub, mamy przygotowany scenariusz życia. Zgoda? Każdy jakiś tam scenariusz przygotował. Każdy sobie wyobrażał, jak będzie wyglądał ich dom, jak będzie wychowywał dzieci, albo nie będzie miał dzieci, jak będzie spędzał czas. Często się pojawiają takie słowa, my nie będziemy tak jak nasi rodzice, u nas będzie inaczej, a potem przychodzi coś, co Bóg nazwał życie. Będziecie żyć. No i przychodzą dzieci na przykład. Nie wiem jak to się dzieje, ale w pewnym razie przychodzą dzieci. Przychodzi zmęczenie, przychodzi kredyt, czasem przychodzi choroba, przychodzi zmiana albo utrata pracy, przychodzą problemy finansowe, rozczarowania przychodzą, co jeszcze przychodzi? Kryzysy przychodzą. Na przykład do mnie teraz przychodzi starzenie się. Zauważam takie rzeczy, że zmienia mi się ciało, ale też zauważam, że zmieniają mi się potrzeby. No i też przychodzi taka świadomość, że człowiek, którego kobieta, którą poślubiłem 20 lat temu, lat temu tam coś z hakiem, to jest nadal ta sama kobieta, ale to już jest nie ta sama osoba. To jest nadal ta sama kobieta. Ja ją nadal wybieram, ale to już nie jest ta sama osoba po tych latach. I w pewnym momencie dociera do człowieka, że musi nauczyć się płynąć. To nie oznacza, że rezygnujemy z biblijnych zasad, że to wszystko, co wcześniej powiedziałem jest nieważne, ale oznacza, że przestajemy mieć taką potrzebę kontroli wszystkiego. Bo dziś uważam, może się to kiedyś zmieni, może ktoś z większym stażem inaczej to widzi, ale ja dziś uważam, że największym wrogiem bliskości w moim małżeństwie, więc stwierdzam, że w Twoim będzie tak samo, była kontrola. Była próba kontroli wszystkiego. To był największy wróg bliskości. Ta kontrola często się podszywała w moim domu i ona się często podszywa w Twoim domu, a wiem, bo ze sobą rozmawiamy. Ona się często podszywała pod taką maskę troski. Ja się tylko martwię. Tymczasem to nie było zmartwienie, tylko taka chęć wiedzenia o wszystkim, decydowania o wszystkim, ustalania wszystkiego, sprawdzania wszystkiego, takiej pełnej kontroli, zachowania współmałżonka, i czuję tak najbezpieczniej. I pewnego dnia do mnie dotarło, że moja żona nie jest moim dzieckiem. Dla mnie to było bardzo odkrywcze. I dla Ciebie, drogi mężu, też to powinno być odkrywcze. Twoja żona nie jest Twoim dzieckiem, żebyś sobie ją wychowywał. I w drugą stronę. Mojej żony kiedyś dotarło, że ja nie jestem jej dzieckiem i ona sobie nie będzie mnie wychowywać. Nasze żony, drodzy bracia, nie są naszymi córkami. Serio. Drogie siostry, Wasi mężowie nie są Waszymi synami. Serio. Jeśli ktoś przez cały dzień, tydzień, miesiąc, rok, na wakacjach, wszędzie, przy każdej okazji, nawet w smsie, poprawia współmałżonka, poucza go, wychowuje, mówi co ma robić, czego nie robić, jak powinien funkcjonować, wcześniej czy później Twoje małżeństwo będzie mieć dynamikę rodzic-dziecko, a nie mąż-żona. I będzie problem. I to duży problem. To zabija. Mocno zabija. Zwłaszcza zabija intymność. Bo to jest niezdrowa intymność, a już na pewno seksualność, między rodzic i dziecko. Więc ta relacja nie może tak wyglądać. Miłość, ona potrzebuje oczywiście odpowiedzialności, ale potrzebuje również wolności. Nie da się kogoś zmusić do miłości. I wielu powinno sobie to wziąć do serca. Można wymusić zmianę zachowania. Można wymusić strach, czy wywołać strach. Można skontrolować komuś telefon. Można skontrolować komuś portfel. Można nawet skontrolować komuś czas. Ale nie da się skontrolować czyjegoś serca. Nie da się kogoś zmusić do miłości. Dlatego małżeństwo, które zaczyna płynąć w Bogu, traci ten grunt pod nogami, całkowicie płynie w tej historii. I to jest piękny czas. To takie małżeństwo, mówi pewnego dnia do siebie, nie chce już Tobą zarządzać. Chce z Tobą żyć. Chce z Tobą płynąć. Musimy się nauczyć tego w naszych chrześcijańskich domach, że druga osoba nie jest naszą własnością. I to też jest błąd wielu kazań. Moich również. Druga osoba nie jest moją własnością. Jest człowiekiem, którego kocham. Ale nie jest moją własnością. I jest coś jeszcze niezwykle ważnego w tym. Kiedy Ezechiel przestaje czuć to dno, kiedy on płynie, komu on musi zaufać w tej historii? Rzece. Bogu. Rzece. I w małżeństwie również przychodzą takie momenty, kiedy będziemy musieli razem powiedzieć, my to odkryliśmy jakiś czas temu, nie wiemy, jak to się skończy. Nie wiemy, co będzie z dziećmi. Mieliśmy taki czas, kiedy mówiliśmy, nie wiemy, jak przejdziemy przez tą chorobę. Był w moim życiu taki czas, kiedy musieliśmy mówić, nie wiemy, jak odbudujemy zaufanie. Nie wiemy, jak rozwiąże się ta sytuacja. Ale suma tych doświadczeń nauczyła nas, i dziś mogę się tym dzielić, dlatego to robię, że nauczyliśmy się pewnego dnia mówić do siebie coś takiego, nie wiemy, ale przejdziemy przez to z Bogiem i nie będziemy po drodze niszczyć siebie nawzajem. I mój dom wtedy rozświetlił się jak nigdy wcześniej. Jak nigdy wcześniej. Te dwie proste decyzje. Nie wiemy, wielu rzeczy nie wiemy, ale przejdziemy przez to razem z Bogiem i nie będziemy po drodze niszczyć siebie nawzajem. Otóż wiara nie oznacza, że zawsze będziesz czuć grunt pod nogami. Nie. Nie zawsze będziesz czuć grunt pod nogami. Czasem prawdziwa wiara zaczyna się wtedy, kiedy przestajesz ten grunt czuć i musisz płynąć, musisz. Tam jest kolejne pytanie. Czy widziałeś to? Popatrzcie, to jest niezwykłe pytanie. Czy widziałeś to, Synu Człowieczy? To jest bez sensu. Ezechiel tam stał. Widział. Był tam. Przeszedł przez wodę. Poczuł to na własnym ciele, a mimo to Bóg pyta, czy widziałeś? Bo bardzo trudne jest też to, że można czegoś doświadczyć i niczego z tego nie wziąć, niczego z tego nie zrozumieć. Czy naprawdę widzisz swoje małżeństwo, obojętnie ile masz stażu, obojętnie w którym miejscu jesteś, czy naprawdę widzisz swoje małżeństwo? Nie wizerunek, nie zdjęcia, nie wspomnienia, nie to co mówią ludzie, nie jak to funkcjonuje, tylko czy ty naprawdę widzisz swoje małżeństwo? Rzeka tutaj, w tej opisie, ona nie omija zgniłej wody. Te wody płyną w kierunku Okręgu Wschodniego i spływają w dół na step i wpadają do morza, do wody zgniłej, która wtedy staje się zdrowa. I to jest piękna wiadomość dla każdego, kto przechodzi jakiś kryzys. Ta rzeka płynie do zgniłej wody, nie omija jej. Bóg nie mówi, tam już nie warto płynąć. I chcę ci dzisiaj zapewnić, Bóg tak nie mówi do twojego małżeństwa. Bóg tak nie mówi do twojego małżeństwa. Do żadnego małżeństwa Bóg tak nie mówi. Do żadnego. Ja wiem, że są małżeństwa, w których rozmowa już jest zgniła. Zaufanie jest totalnie zniszczone. Seksualność to jest tylko jedna wielka rama. Jest wieloletnia, a może nawet kilkunasto, albo kilkudziesięcioletnia uraza. W wielu małżeństwach, również w kościołach i przestańmy udawać, że u nas tego nie ma. W wielu małżeństwach borykamy się ze zdradą. W wielu małżeństwach borykamy się z uzależnieniami. W wielu małżeństwach jest tak, że ludzie żyją razem, ale od dawna są osobą. Mi Bóg pokazał, że Bóg nie boi się tych miejsc. No nie boi się miejsc, w których wszystko gnije i zaczęło śmierdzieć. Tylko, że uzdrowienie zaczyna się od prawdy. Ludzie to się zaczyna od prawdy, a nie od udawania, że w kościele nie ma problemów. Tylko od prawdy. Od tego się zaczyna uzdrowienie. Nie uzdrowimy czegoś, czego nie chcemy nazwać. Nie uzdrowisz czegoś, czego nie chcesz nazwać. Jeżeli twoim problemem jest alkohol, to nazwij alkohol. Jeżeli porno, to nazwij porno. No dobrze powiedziałem. Jeżeli zdrada, to nazwij, że to zdrada. Jeżeli pogarda, to nazwij, że to pogarda. Jeżeli przemoc, to nazwij, że to jest przemoc. Nie trudny czas, tylko nazwij rzeczy po imieniu. Czasami mamy nietrudny czas. Mamy konkretny problem, który wymaga konkretnej odpowiedzi, bo Bóg chce to uzdrowić, ale to musi być nazwane. Wszystko będzie żyć tam, dokąd tylko dotrze potok. Ale potem, potem mamy, popatrzcie, serce tego obrazu, czyli ta rzeka, ona nie tylko usuwa śmierć, ona co przynosi? Życie. Życie. I zobaczcie, celem małżeństwa nie jest, jak wspaniale, oni się nie rozwiedli. Ty, oni przeżyli ze sobą 70, 80 lat i oni się nie rozwiedli. Co to za sukces ludzie? Gdzie my jesteśmy dzisiaj w tej historii, że my się czymś takim szczycimy, że miasta wręczają nagrody ludziom, że oni się 70 lat nie rozwiedli i trzeba nagrodę im dać. No to gdzie my jesteśmy? To nie jest żaden cel małżeństwa. To jest za mało. Nie o to chodzi w małżeństwie. Bóg chce, żeby małżeństwo przynosiło owoc, żeby było miejscem bezpieczeństwa, żeby dzieci mogły zobaczyć, co to znaczy prawdziwa miłość. Nie idealna, to już tłumaczyłem, tylko prawdziwa. Żeby potrafiły zobaczyć rodziców, którzy potrafią się pokłócić. Potrafią, ale potrafią się też przeprosić. Bo jak mnie to dotknęło, jak mi to Daniel powiedział, jak wy się potraficie pokłócić, ale jak wy się potem potraficie przeprosić. No i bardzo dobrze. Potrafią się różnić, ale się nie poniżać. Wiedzą, że ta druga osoba nie jest moim wrogiem. Przypomniało mi się. Absolutny zakaz dla wielu. Absolutny zakaz. Nie wciągajcie dzieci w wasze wojny, w wasze kłótnie i w wasze niedomagania. Co to za maniera w ogóle we współczesnym Kościele, że dzieci wiedzą o takich problemach rodziców? Nie wolno tak robić, a już byłem tego świadkiem. Widzisz jaki jest twój ojciec? Co to za zdanie? Ono nigdy nie powinno paść z ust chrześcijanki. Chyba, że tylko przed Bogiem. Twoja matka zawsze taka jest. Co to ma być? Nie mamy prawa w ten sposób mówić. Nie wolno nam kazać dziecku wybierać strony konfliktu. Napisałem sobie jakieś takie zdanie. Sam sobie je napisałem, żeby bardzo na to uważać. Moje dziecko nie jest terapeutą małżeństwa. I wielu to powinno sobie przyjąć. Twoje dziecko nie jest terapeutą rodziców. Dziecko nie jest do tego powołane. Ale w wersycie jedenastym pojawia się ostrzeżenie. Lecz jego bagna i bajora nie będą zdrowe. Jest to niezwykły też obraz. Bagno to też jest woda. Tylko, że tam ona przestała płynąć. Wtedy się robi bagno. I to jest w ogóle kluczowe. To co w małżeństwie przestaje płynąć, to prędzej czy później gnije. I teraz z doświadczenia swojego i wielu rozmów. Kiedy w małżeństwie przestaje płynąć rozmowa, zaczynają rosnąć domysły. Ile razy ja to widziałem. A te domysły Andersen to by się uczył. Uczyłby się od domysłów chrześcijan. Przestajemy ze sobą rozmawiać takie domysły. Kiedy przestaje płynąć przebaczenie, zaczyna rosnąć uraza. Kiedy przestaje płynąć czułość, zaczyna płynąć chłód. Kiedy przestaje płynąć prawda, zaczyna się podwójne życie. Kiedy przestaje płynąć wspólna radość, zostają tylko obowiązki. I teraz jak wyglądają bagna w naszych domach? Ja sobie wypisałem. Ciche dni. Wiecie ile w domach takie bagno jest? Karanie milczeniem. Chrześcijanie są specjalistami od tego. My jesteśmy ultra wybitni w tym bagnie. Pogarda. Kolejna rzecz. Też jesteśmy w tym perfekcyjni. Stare winy wyciągane podczas każdej nowej kłótni. To ja powiem wam tak. Taką pamięć jak mają chrześcijanie to nie ma nikt. To nie ma nikt w każdym wymiarze. Zarówno w tym takim ogólnokościelnym, czyli ktoś ci coś przypomni, że ty 20 lat temu zrobiłeś tak i tak i się nie nadajesz do służby. I w domach naszych. 25 lat temu powiedziałeś mi, że mamy to i tamto. Hitem. To są nasze bagna. Przykro mi to powiedzieć, ale taka jest też prawda. Seks używany jako nagroda lub kara. To po prostu plaga. Plaga tego bagna w naszych domach. Że to jest nagroda albo kara. Będziesz dobry, będziesz nagroda. Będziesz zły, będzie kara. To jest bagno. Śmierdzące bagno. Ukryte pieniądze. To w głowie się nie mieści. Ilu potrafi powiedzieć ukryłem te pieniądze przed żoną. To czy żona kradnie? Ty słyszysz co ty mówisz? Czyż ty mówiąc, że ukryłeś jakieś pieniądze przed żoną mówisz pod punkt B. Ona kradnie, dlatego musisz chować te pieniądze. Flirt emocjonalny. W głowie się nie mieści. W głowie się nie mieści. Ile w kościele jest obecnie flirtu? To się w głowie nie mieści. Porównanie współmałżonka z innymi. To jest jedno z największych bagien w naszych domach. Gdybyś był taki jak on. Gdybyś była taka jak ona. Publiczne ośmieszanie. Kosmos. Kosmos. I uwaga! Czas tego nie uleczy. To jest jedno z największych kłamstw diabła. Czas tego nie uleczy. Jeszcze się nie wydarzyło, żeby czas uleczył bagno. Nie wydarzyło się to nigdy i nie wydarzy się to nigdy. Czas tylko utrwala bagno i powoduje, że tam jeszcze bardziej śmierdzi i jest jeszcze gorzej. Jeżeli ktoś przez 10 lat nie rozmawia, to kolejne 10 lat nie naprawi problemu. Serio. Serio. Jeżeli ktoś pije 5 lat, to kolejne 5 lat go nie wyleczy. Jeżeli ktoś żyje w pogardzie do swojego małżonka 7 lat, to kolejna rocznica ślubu nie zmieni tego. Potrzebny jest przepływ. Potrzebne jest dopuszczenie Bożej rzeki. Potrzebne jest nazwanie rzeczy po imieniu i interwencja Boża, a nie czas. Czas tego nie naprawi. Na samym końcu Ezechiel widzi coś niezwykle pięknego. On widzi już te owoce na pokarm i liście na lekarstwo. Zwróćcie uwagę. Co miesiąc będą rodzić świeże owoce. Mi to bardzo Pan Bóg pokazał. Na obu rzegach potoku będą rosły różne drzewa owocowe, liść ich niewinnie i owoc się nie wyczerpie. Co miesiąc będą rodzić świeże owoce. Nie raz na początku. Nie jeden owoc w dniu ślubu albo w dniu chęci zmiany swojego małżeństwa. Nie. Ten świeży owoc pojawia się regularnie. Czemu? Bo woda regularnie płynie. Ta woda regularnie płynie i owoc regularnie się pojawia. I tu mamy bardzo prostą instrukcję obsługi. Małżeństwo nie pielęgnuje się tylko wtedy, kiedy jest źle i to tylu ludziom już mówiłem. Przestańcie dzwonić do mnie i do Sylwii, kiedy macie problem. Wtedy w ogóle do mnie nie dzwońcie, bo i tak go nie rozwiążę. Ani ja, ani Sylwia. Zadzwońcie jak jest dobrze i nauczcie się jak zrobić, żeby nie było problemów. Nie sprowadzajcie swojego życia do interwencji kryzysowych. Uczcie się małżeństwa jak jest dobrze, a nie tylko jak jest źle. Ile razy myśmy to z Sylwią przeszli? Ktoś w super terapatach, coś zaczęło dziać, jak się tylko polepszyło, oni nas już nie potrzebują. No i ino gorzej było za jakiś czas. Nie. Ta rzeka płynie cały czas. Cały czas. Dlatego jest świeży owoc. Mamy zęby? Mamy? Część nie ma, ale część ma. Sporo sobie jeszcze ma. Znacie kogoś, kto czekał na próchnicę i mówił sobie tak? Umyję zęby jak tylko będę miał próchnicę. Chyba by to było głupie, ale tak robimy z naszymi małżeństwami. Czekamy na próchnicę, nie dbamy o te małżeństwa, kiedy jest zdrowo. Zanim pojawi się dramat mamy zacząć działać. Zostawię Wam kilka prostych rytmów. Od teraz, od już, od natychmiast. Codziennie znajdźcie chociaż kilka minut na rozmowę. Uwaga, bez telefonu. Okażcie sobie czułość. Zapytajcie się, jak się masz? Co u Ciebie? Codziennie, kilka minut, co tydzień, regularnie, co tydzień. Znajdźcie czas tylko dla siebie. Tylu osobom to mówiłem. Zróbcie to. Co tydzień. Nie trzeba wydawać pieniędzy, nie trzeba być milionerem. Spacer, wspólny wieczór. Ważne, żebyście na chwilę przestali być rodzicami i przedsiębiorcami w tym instytucie zarządzania domem, organizatorami życia. Nie, przestańcie na chwilę. Raz w tygodniu. Regularnie też rozmawiajcie o rzeczach trudnych. Co to są rzeczy trudne? Rozmawiajcie o pieniądzach w swoich domach, mąż i żona. Rozmawiajcie o seksie. Rozmawiajcie o potrzebach. Rozmawiajcie o lękach. Rozmawiajcie o zmęczeniu. Rozmawiajcie o przyszłości. Rozmawiajcie o rzeczach trudnych, bo trzeba o tych rzeczach rozmawiać. I módlcie się razem. Nie godzinę, nie pół, nie dla pokazania duchowości. Pięć minut. Pięć minut. Ale szczere pięć minut. Jeden z drugim razem. I jeżeli zauważycie, że nie potraficie czegoś rozwiązać, to poproście o pomoc, zanim się stanie katastrofa. Zanim. Bo tekst na końcu mówi – owoc ich jest na pokarm, a liście ich na lekarstwo. Czyli wasze małżeństwo, twoje małżeństwo, kiedy to wszystko się zadzieje, kiedy ta rzeka tam wpłynie, one zacznie karmić, zacznie leczyć. Nie dlatego, że jesteście idealni, ale dlatego, że nie jesteście idealni, ale pozwoliliście, by ta rzeka przepłynęła przez was, wasz dom. Świat będzie wystarczająco często ranił twoją żonę, drogi bracie. Wystarczająco. Ona nie musi wracać do domu po kolejne rany. Droga siostro, świat będzie miejscem, które wystarczająco, wystarczająco będzie wyrywał lotki twojemu mężowi. Niech dom będzie miejscem, w którym on słyszy, że jest wartościowy. Niech nasze domy będą takim miejscem, w którym sobie powiemy – tutaj jest ktoś po mojej stronie, po naszej stronie. I teraz wróćmy, już kończymy, do obrazu, od którego zaczęliśmy. Kostki, kolana, pas, potem ta woda do pływania, mamy rzekę, uzdrowienie, ostatecznie mamy owoc, lekarstwo. I bardzo proste pytanie. Na jakiej głębokości jest dzisiaj twoje małżeństwo? W którym jesteś miejscu? I drugie. Gdzie w twoim małżeństwie jest ta rzeka, a gdzie pozwoliliście, żeby powstało bagno? Nie musisz wszystkiego naprawić na raz, ale zdecyduj, że robisz ten drobny krok, nawet jeżeli po kostki. Ojciec, stajemy przed Tobą po tym słowie i proszę Cię Panie, żeby ono nie pozostało jedynie takim pięknym, wymalowanym obrazem, kolejnym kazaniem, które zostanie wysłuchane, na krótką chwilę nas wzruszy, coś tam nas dotknie i potem wszyscy wrócimy do starych schematów, do tych samych reakcji, tych samych słów i tych samych ran. Panie, Ty widzisz każde małżeństwo i to widzisz je tak, jak ono naprawdę wygląda. Nie tak, jak wygląda na zdjęciach, nie tak, jak prezentuje się w kościele, nie tak, jak opisujemy je innym albo samym sobie. Ty Panie widzisz prawdę o każdym małżeństwie, Ty widzisz rozmowy, których nikt nie słyszy, widzisz milczenie, które czasem trwa zbyt długo, widzisz zmęczenie, widzisz rozczarowanie, widzisz niewypowiedziany żal, widzisz samotność. Widzisz tą samotność, którą człowiek przeżywa bardzo często obok kogoś, kogo tak bardzo pragnął mieć blisko, widzisz też Panie dobro, widzisz wierność, tą, której nikt nie zauważył, widzisz lata poświęcenia, widzisz Panie te codzienne drobne gesty, widzisz walkę o dom, widzisz Panie i słyszysz te modlitwy wypowiedziane szeptem. Widzisz łzy, których współmałżonek czasami nie widzi, widzisz też tych, którzy próbują i próbują i próbują i zwyczajnie są zmęczeni kolejną próbą. Dlatego ja Cię dzisiaj Boże proszę i to proszę Cię nie o powierzchowne poprawki, nie proszę Cię o to, żebyśmy się mniej kłócili, żebyśmy częściej wychodzili razem, żebyśmy się lepiej dogadywali, proszę Cię Boże o coś znacznie głębszego. Proszę Cię Panie, jeżeli oczekiwaliśmy od swoich mężów albo od żon to, co może dać tylko Bóg, tylko możesz wdać Ty, to proszę Cię Panie, byś nam to przebaczył. Jeżeli ktokolwiek uczynił z drugiego człowieka źródło własnej wartości, własnego bezpieczeństwa, szczęścia, sensu, to proszę Cię Boże przyjdź i uporządkuj serce tego człowieka. Naucz tego człowieka kochać małżonka jako dar, ale naucz go też nie stawiać współmałżonka w miejscu, które należy tylko do Ciebie Boże. Niech rzeka znowu wypłynie ze świątyni, niech ta rzeka wypłynie ze świątyni, niech nasza duchowość przestanie kończyć się tylko na progu naszych kościołów. Proszę Cię Boże, niech modlitwa wejdzie do kuchni, niech Ewangelia wejdzie do sypialni, niech łaska wejdzie do naszych konfliktów, niech prawda wejdzie do naszych kłótni, niech Twoja świętość wejdzie do naszych telefonów, naszych komputerów, internetu, wiadomości, do tych wszystkich ukrytych obszarów życia. Proszę Cię Boże, niech obecność Ducha Świętego dotknie sposobu, w jaki zwracamy się do człowieka, któremu przecież wślubowaliśmy miłość. Boże, dotknij naszych kostek, dotknij tego naszego codziennego chodzenia, tych prostych rzeczy, niech to będą zupełnie nowe kostki w tych naszych małżeństwach. Boże, przebacz nam każde lekceważące słowo, każde przewrócenie oczami, to nam zwłaszcza przebacz. Każdy moment, każde taką chwilę, kiedy dla obcych mieliśmy więcej cierpliwości niż dla własnego męża, niż dla własnej żony. Każdy wieczór nam, przebacz Panie, przebacz nam każdy wieczór, w którym ekran był ważniejszy niż mąż czy żona, niż człowiek siedzący obok. Przebacz nam, kiedy zakładaliśmy, że przecież on wie, przecież ona wie, więc nie trzeba już nic mówić. Nie trzeba mówić dziękuję, nie trzeba mówić kocham, nie trzeba mówić dobrze, że jesteś. Przebacz nam to, przywróć nam, Boże, zdolność zauważania małych rzeczy. Naucz nas, Panie, tego na nowo, na nowo zauważać. Naucz nas, Panie, słuchać bez przygotowania wcześniej odpowiedzi. Naucz nas pytać, jak się masz, ale tak szczerze pytać. Daj nam cierpliwość, Panie, żebyśmy pozostali przy odpowiedziach. Boże, ostatecznie po tych krokach przeprowadź nas do kolan. Proszę Cię, Boże, złam w nas pychę, ale naprawdę ją złam. Pychę, która bardzo często bardziej chce zwyciężyć drugiego człowieka niż go zrozumieć. Pychę, która wiele potrafi, ale nie potrafi przeprosić. Pychę, która natychmiast się broni. Pychę, która wyciąga tylko stare winy, ale po to, żeby nie spojrzeć na własne. Naucz nas, Panie, prostej modlitwy. Badaj mnie, Boże, mnie. Badaj mnie, Boże. Nie tylko zmień ją, nie tylko zmień jego, nie tylko zmień okoliczności, ale zbadaj moje serce, Boże. Zacznij ode mnie. Pokaż mi, Panie, mój ton. Pokaż mi moje uniki. Pokaż moją potrzebę kontroli. Pokaż, Panie, moje mechanizmy obronne. Pokaż moją zazdrość, mój egoizm, moje zamknięcie, mój gniew, mój lęk. I daj mi, Boże, odwagę mówić. Pomyliłem się. Przepraszam. Zraniłem Cię. Nie mam usprawiedliwienia. Uchroń nas, Panie, przed przeprosinami, które są tylko kolejnym ciosem. Naucz nas, Panie, w końcu przepraszać bez żadnego ale. Bez ale. Duchu Święty, prowadź nas głębiej. Prowadź nas do tych miejsc naprawdę ukrytych. Do tych twierdz, do tych ran, których nie chcemy dotykać i nie chcemy, żeby ktokolwiek je dotknął. Do tych historii, które wynieśliśmy z domów rodzinnych. Do lęków, do wstydu, do poczucia nieważności, do jakichś problemów z intymnością, z seksualnością. Do niewypowiedzianych potrzeb. Do tych wszystkich tajemnic. Do miejsc, których człowiek nauczył się przetrwać, ale nigdy nie nauczył się żyć i kochać. Daj nam, Boże, światło, żebyśmy zobaczyli różnicę pomiędzy tym, co robi współmałżonek dzisiaj, a tym, co tak naprawdę jest odpowiedzią na rany sprzed lat. Daj nam, Panie, mądrość, żeby nie używać własnego bólu jako pozwolenia na zadawanie bólu innym. Daj nam pokorę, Panie, wszystkim, żeby szukać pomocy, kiedy sami nie potrafimy już przejść dalej. Boże, ja Cię proszę, żebyś błogosławił wszystkich duszpasterzy w naszym kraju. Wszystkich tych, którzy rzetelnie podchodzą do swoich obowiązków. Którzy zajmują się Twoimi owcami, Twoimi dziećmi, Panie Jezu, bardziej niż klawiaturami, bardziej niż kolejnymi nagraniami. Błogosław tych wszystkich duszpasterzy. Błogosław też, Panie, wszystkich terapeutów. Tych, którzy z misją i z oddaniem pomagają innym. Błogosław, Panie, wszystkich lekarzy. Błogosław, Panie, też wszystkich prawdziwych przyjaciół. Wszystkich ludzi, których możesz użyć jako narzędzie uzdrowienia. Uchroń nas, Panie, przed fałszywą duchowością, która każe udawać i ściemniać, że modlitwa wyklucza terapię, a wiara wyklucza odpowiedzialność. Proszę Cię też, Panie, szczególnie Cię proszę za małżeństwa, w których pojawiła się prawdziwa przemoc. I proszę Cię odważnie, Boże, bądź szczególnie obecny przy ofierze, przy osobie skrzywdzonej. Daj, Panie, odwagę, daj jasność umysłu, daj bezpieczeństwo, daj też, Panie, mądrych ludzi i konkretną pomoc. Nie pozwól, Panie, żeby religijne słowa stały się kajdanami, które zatrzymają człowieka w miejscu zagrożenia. Proszę Cię też, Boże, byś doprowadzał sprawców takiej przemocy do prawdziwej pokuty. Która nie tylko płacze nad konsekwencjami, ale bierze odpowiedzialność, przyjmuje granice i przechodzi proces zmiany. Doprowadzaj do prawdziwej pokuty. Nie pozwól, Panie, aby ktokolwiek używał Twojego słowa do usprawiedliwienia przemocy. Ty jesteś Bogiem przymierza, ale nie jesteś Bogiem przemocy. Panie, prowadź nas do miejsca, w którym przestajemy czuć dno. Poprowadź tam każde małżeństwo, tak jak Ty potrafisz. Do miejsca, w których już nie wyczuwamy dna. Nie wyczuwamy. W których już nie potrafimy nic kontrolować. I poprowadź te małżeństwa do takiego miejsca, kiedy nie wiedzą, co będzie dalej. Nie wiedzą, jak przejdą przez zdradę. Nie wiedzą, jak poradzą sobie z chorobą. Nie wiedzą, co będzie z ich dziećmi. Nie wiedzą, czy zaufanie może jeszcze wrócić. Nie wiedzą, jak odnaleźć bliskość po tylu latach. I Boże, nie dawaj im fałszywych, prostych odpowiedzi. Niech nie docierają do nich te fałszywe, proste odpowiedzi. Daj im, Panie, swoją obecność. Kiedy nie czują dna, niech poczują, że Ty nadal z nimi jesteś. Kiedy nie wiedzą, co robić jutro, daj im, Panie, moc na zrobienie dzisiaj kroku. Kiedy nie mają siły płynąć, niech Twoja łaska ich niesie jak nigdy wcześniej, Boże. I Panie, zapytaj nas wszystkich. Mocno nas zapytaj. Czy widziałeś to Synu Człowieczy? Otwórz nasze oczy. Pozwól nam naprawdę zobaczyć nasze małżeństwa. Pokaż nam miejsca, w których nadal płynie rzeka życia. Ale pokaż nam też miejsca, które zaczęły wysychać. Pokaż nam ciszę, którą nazywaliśmy spokojem. Pokaż nam chłód, który zaczęliśmy nazywać dojrzałością. Pokaż nam kontrolę, którą nazywaliśmy troską. Pokaż nam obojętność, którą nazywaliśmy zmęczeniem. Pokaż nam samotność, do której się przyzwyczailiśmy. I daj nam odwagę się temu przeciwstawić i powiedzieć prawdę. Panie, niech Twoja rzeka dotrze do zgniłej wody. Tam, gdzie była zdrada, przynieś prawdę, pokutę i możliwość odbudowy. Tam, gdzie jest uzależnienie, przynieś wolność. Przynieś wolność, gotowość do leczenia. Tam, gdzie jest uraza, naucz przebaczenia, ale naucz też mądrych granic. Tam, gdzie umarła rozmowa, przyjdź Panie i naucz nas na nowo rozmawiać. Tam, gdzie umarła czułość, odbuduj bezpieczeństwo. Tam, gdzie zniknęła intymność, przyjdź prowadź Panie cierpliwie do uzdrowienia. Tam, gdzie małżeństwo stało się tylko zarządzaniem, przywróć przyjaźń. Tam, gdzie dzieci stały się przyjaciółmi, przywróć przyjaźń. Panie, nie pozwól nam zadowolić się tym, że nasze małżeństwa tylko przetrwają. Boże, błagam Cię. Błagam Cię o to. Błagam Cię o to, jako pastor tego kościoła. Błagam Cię o to, abyśmy nie przetrwali. Błagam Cię o to, abyśmy nie przetrwali. Błagam Cię o to, jako pastor tego kościoła. Niech te małżeństwa żyją. Niech mają świeże owoce. Niech ich domy będą miejscem pokoju. Niech dzieci w tym kościele wiedzą, że nie, nie mają doskonałych rodziców, ale mają rodziców, którzy umieją się pojednać i żyją z Tobą. Błagam Cię, Boże, żebyśmy nauczyli się mówić przepraszam. Żebyśmy nauczyli się różnić bez poniżania się nawzajem. Żebyśmy nauczyli się stawiać granice, ale bez nienawiści. Żebyśmy też nauczyli się przebaczać, ale bez udawania, że nic się nie wydarzyło. Żebyśmy nauczyli się, że można kochać człowieka nie dlatego, że jest zawsze łatwy do kochania, ale dlatego, że miłość jest również decyzją. Proszę Cię też, Boże, błagam Cię o to, by oprócz tej decyzji wróciły motylki do wielu małżeństw. Ta pierwsza miłość, żeby wróciła, żebyś Ty to, Panie, odnowił. Proszę Cię, Panie, by nasze domy były miejscem, w którym owoc jest na pokarm, a liście na lekarstwo. Spraw, Boże, żeby mąż był dla żony człowiekiem, przy którym ona nie musi się bać niczego. Spraw, Panie, żeby żona była dla męża człowiekiem, przy którym on nie musi udawać, że ma jeszcze siły. Nigdy daj nam, Panie, takie domy, do których można wrócić po ciężkim dniu i pomyśleć tutaj naprawdę jestem kochany. Tutaj jest ktoś po mojej stronie. Tutaj już nie muszę walczyć o swoją wartość. A jednocześnie niech nasze małżeństwa nie zatrzymują tego błogosławieństwa dla siebie. Niech staną się błogosławieństwem dla dzieci, dla wnuków, dla młodszych małżeństw, dla ludzi przechodzących kryzys. Niech nasze blizny, uzdrowione przez Ciebie, staną się lekarstwem dla innych. I teraz, Panie, proszę Cię o każde małżeństwo w tym miejscu. Ja nie wiem, na jakiej głębokości oni stoją. Ty wiesz, jedni są po kostki, inni są po kolana, jeszcze inni są po pas. Niektórzy nie czują już dna. Niektórzy stoją przy brzegu i zastanawiają się, czy w ogóle wejść do tej wody. Inni są tak zmęczeni, że nie wiedzą, czy mają siłę na jeszcze jeden krok. Więc przyjdź, Boże, przyjdź do każdego dokładnie tam, gdzie jest. Tak, jak Ty potrafisz. Bez poganiania poranionych. Bez zatrzymywania się w miejscu wygody. Panie, przyjdź i skonfrontuj dumnych, pocież złamanych. Schowaj skrzywdzonych. Podnieś tych, którzy stracili nadzieję i daj łaskę do następnego kroku. Nie do wszystkich na raz. Do następnego małego kroku. Daj, Panie, łaskę. Daj, Boże, łaskę do jednej rozmowy. Jednej. Do jednych prawdziwych przeprosin. Do jednego telefonu po pomoc. Do jednej postawionej granicy. Do jednego wieczoru bez telefonu. Do jednej wspólnej modlitwy. Do jednego dziękuję. Do jednego wybacz mi. Do jednego potrzebuję Cię. Do jednego spróbujmy jeszcze raz, ale tym razem inaczej. I Panie, nie pozwól się zatrzymać tam, gdzie jesteśmy. Prowadź głębiej. A tam, gdzie już jest miejsce, gdzie nie potrafimy przejść własną siłą, naucz nas pływać w Twojej łasce, bo wierzymy Twojemu Słowu. A wszystko będzie żyć tam, dokąd tylko dotrze potok.


Autor kazania
Pastor Bartłomiej Szymon Kurylas
Pastor, nauczyciel Słowa Bożego i duszpasterz, który od wielu lat służy Kościołowi, prowadząc ludzi do głębszej relacji z Jezusem Chrystusem.
Poznaj autora