
Ostrzeżenia Jezusa: Biada hipokrytom religijnym
Nie bądź hipokrytą, lecz prawdziwym uczniem. Religia nie ma być ciężarem, lecz drogą do Boga. Zaufaj, że prawdziwa pobożność rodzi się z serca, nie z pozorów. Jezus nie przyszedł dla wizerunków, lecz dla serc.
Transkrypcja
W głąb Ewangelii To jest podcast W głąb Ewangelii. Serdecznie zapraszam. Pastor Bartłomiej Szymon Kurylas. Witaj serdecznie w kolejnym odcinku podcastu Ewangeliarz w głąb Ewangelii. Zapraszam Cię do wspólnej drogi przez Ewangelię. W tej chwili podróżujemy przez Ewangelię Mateusza. W tym podcaście czytam kolejne rozdziały Ewangelii, ale nie robi tego tylko i wyłącznie jako ćwiczenie intelektualne albo ćwiczenie z czytania. Chcemy posłuchać Chrystusa. Chcemy wejść głębiej w Jego słowa, w Jego czyny, w Jego konfrontacje, w Jego łaskę, ale też w Jego ostrzeżenia i Jego objawienie. Bo Ewangelia nie jest tylko opowieścią o tym, co Jezus kiedyś powiedział ludziom żyjącym dwa tysiące lat temu. Ewangelia to jest słowo Boga, które nadal rozcina nasze serca, dymaskuje nasze jakieś takie fałszywe poczucie bezpieczeństwa, wzywa nas do pokuty i prowadzi nas do prawdziwego życia. Czytamy z Biblii Tysiąclecia z wydania piątego, no bo jest to najpopularniejszy przekład Pisma Świętego w Polsce. Za chwilę przeczytam cały 23 rozdział Ewangelii Mateusza, a potem pozwól, że zatrzymam się nad przesłaniem i trochę powiem, jak ja rozumiem ten rozdział. Ten dzisiejszy rozdział to jest jeden z najostrzejszych i chyba najbardziej wstrząsający fragment całej Ewangelii. Tutaj Jezus będzie wypowiadał siedem biad przeciwko uczonym w Piśmie i faryzeuszom. To nie jest delikatna rozmowa przy herbacce. To też nie jest akademicki spór o interpretację. Nie, to będzie prorocki sąd nad religią, która zachowała formę, ale w tej formie zgubiła Pana Boga. To będzie konfrontacja z pobożnością, która bardzo dobrze potrafi mówić o świętości, a jednocześnie perfekcyjnie potrafi niszczyć ludzi. To będzie ostrzeżenie dla każdego pokolenia Kościoła, czyli dla naszego też, ponieważ najniebezpieczniejsza duchowa choroba nigdy nie przychodzi w postaci takiej jawnej bezbożności. Ona bardzo często przychodzi ubrana w szaty, i to w szaty religii. Język teologii zajmuje zaszczytne miejsca i oczekuje szacunku. Ewangelia Mateusza, 23 rozdział Wówczas przemówił Jezus do tłumów i do swoich uczniów tymi słowami. Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Ciążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filachterie i wydłużają frędzle upłaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach Nie pozwalajcie nazywać się rabi, ale bowiem jeden jest wasz nauczyciel, a wy wszyscy jesteście braćmi. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem i jeden bowiem jest ojciec wasz, ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Biada wam, uczeni w piśmie i faryzeusze, obudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Biada wam, uczeni w piśmie i faryzeusze, obudnicy, bo przemierzacie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę, a gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym piekła niż wy sami. Którzy mówicie, kto by przysiągł na przybytek, nic to nie znaczy, lecz kto by przysiągnął złoto przybytku, ten jest związany przysięgą. Kto by przysiągnął ołtarz, nic nie znaczy, lecz kto by przysiągnął ofiarę, która jest na nim, ten jest związany przysięgą. Któż więc przysięga na ołtarz, przysięga na Niego i na wszystko, co na Nim leży? A kto przysięga na przybytek? Przysięga na Niego i na Tego, który w Nim mieszka. A kto przysięga na niebo? Przysięga na Tron Boży i na Tego, który na Nim zasiada. Biada wam, uczeni w piśmie i faryzeusze, obudnicy, bo dajecie dziesięcinę zmięty koplu i kminku, lecz zaniedbaliście to, co ważniejsze jest w sprawie średliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie zaniedbywać. Ślepi przewodnicy, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda. Biada wam, uczeni w piśmie i faryzeusze, obudnicy, bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubki i misy, ale wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepościągliwości. Faryzeuszu ślepy, oczyś wpierw wnętrze kubka, żeby i zewnętrzna jego strona stała się czysta. Biada wam, uczeni w piśmie i faryzeusze, obudnicy, bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obudy i nieprawości. Biada wam, uczeni w piśmie i faryzeusze, obudnicy, bo budujecie groby prorokom i zdobyciecie z nich nieprawość i nieprawość. Biada wam, uczeni w piśmie i faryzeusze, obudnicy, bo budujecie groby prorokom i zdobicie grobowce sprawiedliwych. Oraz mówicie, gdybyśmy żyli za czasów naszych przodków, nie bylibyśmy ich wspólnikami w zabójstwie proroków. Przez to sami przyznajecie, że jesteście potomkami tych, którzy mordowali proroków. Dopełnijcie i wy miary waszych przodków, węże plemii żmijowej, jak wy możecie ujść potępienia w piekle. Ja posyłam do was proroków, mędrców i uczonych. Jednych z nich zabijecie i ukrzyżujecie, innych będziecie biczować w waszych synagogach i przepędzać z miasta do miasta. Tak spadnie na was cała krew niewinna, przelana na ziemi, począwszy od krwi Abla, sprawiedliwego, aż do krwi Zachariasza, syna Barakiasza, którego zamordowaliście między przybytkiem a ołtarzem. Zaprawdę powiadam wam, przyjdzie to wszystko na to pokolenie. Jeruzalem, Jeruzalem, ty zabijasz proroków i kamieniujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swojej pisklęta gromadzi pod skrzydła, a wy nie chcieliście. Oto wasz dom zostanie wam pusty. Albowiem powiadam wam, nie ujrzycie mnie odtąd, aż powiecie, błogosławiony ten, który przychodzi w imię pańskie. Jezus tu mówi do tłumów i do swoich uczniów, o uczonych w piśmie i o faryzeuszach, że zasiedli na katedrze Mojżesza. To znaczy, że pełnili funkcję nauczycieli prawa. Oni byli odpowiedzialni za przekazywanie ludowi Bożego objawienia. Jezus nie zaczyna więc od jakiegoś tam odrzucenia wszelkiego autorytetu. On nie mówi, nie słuchajcie nikogo, kto naucza. Nie mówi, każdy ma swoją prawdę. On nie burzy samej idei nauczania, urzędu, odpowiedzialności, przekazywania słowa. To jest ważne, bo w naszej epoce bardzo łatwo wpaść w dwie skrajności. Jedna skrajność to takie ślepe podporządkowanie ludziom tylko dlatego, że mają tytuł, urząd, tradycję albo pozycję. Druga skrajność to całkowita niechęć do jakiegokolwiek autorytetu. To podejrzliwość wobec każdego nauczyciela. Przekonanie, że ja sam jestem ostatecznym sędzią prawdy. I zobaczcie, Pan Jezus nie wpisuje się w żadną z tych skrajności. On uznaje wagę nauczania, ale dymaskuje hipokryzję. Mówi, czyńcie i zachowujcie wszystko, co wam polecą, dlaczego? No bo mówią, ale sami tego nie czynią. I to zdanie jest takie ostrze, skierowane w serce religijnego przywództwa tamtych czasów. Największym problemem nie jest to, że oni nie mają słów. Oni je mają. Znają formuły, potrafią cytować. Wiedzą, co trzeba mówić i jak brzmi pobożny język. Problem polega na tym, że ich życie zaprzecza temu, co sami głoszą. I to słowo jest szczególnie poważne dla każdego kaznodziei, każdego pastora, każdego lidera, nauczyciela, teologa, ale też każdego rodzica czy każdego chrześcijanina, który ma wpływ na innych. No bo możesz nauczać prawdy, ale sam nie być przez nią złamanym. Możesz mówić o łasce, a jednocześnie traktować ludzi bez miłosierdzia. Możesz mówić o pokorze, a tak naprawdę żyć dla uznania. Możesz mówić o modlitwie, ale samemu nie znać takiego ukrytego życia z Panem Bogiem. Możesz nawet głosić o krzyżu, a tak naprawdę budować własne królestwo. I dlatego właśnie ten rozdział to nie jest rozdział, który wolno nam czytać tylko przeciwko tamtym. Trzeba go czytać najpierw przed Panem Bogiem z takim pytaniem. A we mnie przypadkiem nie ma takiej postawy. Pan Jezus mówi, że uczeni w piśmie i faryzeuszy wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, ale sami palcem nawet tego nie ruszają. Zobaczcie, to jest obraz religii. Religii, która potrafi mnożyć wymagania, komplikować proste sprawy, komplikować życie duchowe, oceniać, kontrolować, zawstydzać, obciążać sumienia, ale jednocześnie nie dawać żadnej pomocy ani nadziei. Taka religia potrafi mówić ludziom, co mają robić, ale nie prowadzi ich do Boga, który da nowe serce tym ludziom. I my dzisiaj żyjemy w takim czasie, znamy takie ciężary, chociaż czasami nie nazywamy ich religijnymi i wydaje nam się, że to nie ma nic wspólnego z religią. Zobaczcie, dzisiaj wszyscy krzyczą, że mamy być produktywni, atrakcyjni, rozwinięci, silni, ciekawi, a najlepiej jeszcze młodzi, pewni siebie, zorganizowani, dostępni, odporni, szczęśliwi i najlepiej jeszcze świadomi emocjonalnie i psychologicznie. Media społecznościowe tworzą taką świecką wersję farzeizmu. Masz się pokazywać dobrze, sprawiać wrażenie, udowadniać swoją wartość, zarządzać swoim wizerunkiem, budować tzw. markę osobistą. Generalnie masz być widzialny. Niby wszyscy odrzucili religię, ale wchodzą w te same mechanizmy, chociaż nie nazywają tego religią. I nikt nie pyta, jak ja stanę przed Bogiem. Wszyscy tylko pytają, jak wypadną przed ludźmi. Tacy ludzie spełniają po to, żeby się ludziom pokazać. Poszerzają filakterię, wydłużają frędzle u płaszczów, lubią pierwsze miejsca, pierwsze krzesełka, lubią pozdrowienia na rynku, tytuły. I żeby była jasność, to nie jest krytyka widzialnych znaków pobożności jako takich. W judaizmie filakterie i frędzle miały swoje znaczenie i one były obowiązkiem. One były związane z pamięcią o Bożym Prawie. Problem nie leży w znakach, tylko w sercu, które używa tego znaku, ale po to, żeby budować własną chwałę. I to jest bardzo subtelne działanie, bo my dzisiaj też potrafimy użyć nawet świętych rzeczy, żeby karmić własnego. Ktoś może użyć modlitwy, ale tylko po to, żeby być podziwianym, jak się wspaniale modli. Ktoś może używać wiedzy biblijnej, całą uwagę. Ktoś może używać służby, ale tylko po to, żeby czuć się ważnym. Ktoś może nawet użyć cierpienia po to, żeby manipulować. Można użyć pokory, żeby mieć taką opinię pokornego. I zobaczcie, człowiek stworzony jest dla chwały Boga, a po upadku próbuje sobie przywłaszczyć chwałę, która należy się tylko Bogu. Dlaczego Pan Jezus mówi swoim uczniom, żeby nie budowali tego wszystkiego na tytułach, na pozycji, na wywyższeniu człowieka? Mówi, jeden jest wasz nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteśmy. Nie chodzi tu o to, że w Kościele nie może być nauczycieli, ojców w wierze, pastorów, starszych, liderów. Nowy Testament jasno pokazuje, że Bóg ustanawia służby w Kościele. Żeby nikt w Kościele nie zajął miejsca Chrystusa. Że każdy autorytet w Kościele to jest autorytet służebny, pochodny i poddany Słowu Bożemu. Że prawdziwy przywódca duchowy nie wiąże ludzi, ale prowadzi tych ludzi do Chrystusa. On nie mówi, że patrz na mnie. On mówi, patrz na Pana. Nie buduje kultu własnej osoby, ale kształtuje uczniów Jezusa. Marcin Luther, kiedy stanął wobec potęgi imperium wręcz, instytucji kościelnej, on nie mówił, ja jestem najważniejszy, jestem ważniejszy niż ktokolwiek inny. Nie, on się odwołał do Słowa Bożego. Jan Kalwin, kiedy pisał o konieczności właściwego porządku w Kościele, to on nie wskazywał ten porządek w sobie, ale w chwale Boga, w czystości Ewangelii, w budowaniu świętych. Więc zobaczmy, prawdziwa reformacja nie była buntem przeciwko wszelkiemu porządkowi w Kościele. Nie, ona była powrotem do Chrystusa jako głowy Kościoła. No i później Pan Jezus wypowiada serię Biada. To jest bardzo ciężkie słowo. To nie jest jakaś tam obelga. To jest jednocześnie pewien prorocki lament W Starym Testamencie prorocy używali tego słowa Biada nad ludem, nad przywódcami, nad narodami, które odwracały się od Boga. W ustach Jezusa to odsłania święty gniew Boga. Nie ten kapryśny gniew ludzki, tylko święty gniew Boga. To gniew miłości, która jest odrzucona. Prawdy, która jest zdeptana. Ludzi, którzy są krzywdzeni przez religię. Pierwsza Biada dotyczy zamykania Królestwa Niebieskiego przed ludźmi. Jezus tu mówi, że sami nie wchodzą i nie pozwalają wejść tym, którzy chcą. To jest w ogóle przerażające zdanie. Bo można stać przy drzwiach do Królestwa Bożego i zamiast wskazać na Chrystusa, to zasłonić Go. Więc można mówić o Bogu w taki sposób, że ludzie odchodzą bardziej obciążeni, bardziej zdezorientowani, bardziej zastraszeni, niż idą do Boga. Można więc uczynić z wiary jakiś niebezpieczny system kontroli, a nie drogę do żywego Boga. I warto sobie zadać pytanie, czy nasze kościoły, nasze kazania, rozmowy, posty, komentarze, dyskusje, czy to wszystko otwiera drogę do Chrystusa, czy raczej je zamyka? Oczywiście Ewangelia sama w sobie jest znaczeniem dla pysznego człowieka. Tego nie można rozwadniać, nie można się tego bać. Nie mamy udawać, że grzech nie jest grzechem. Ale można głosić prawdę z sercem Chrystusa albo bez tego serca. Można być doktrynalnie precyzyjny, a jednocześnie duszpastersko okrutny. Można bronić świętości Boga tak, że tam nie ma ani ślad łaski, którą sami zostaliśmy ocaleni. Więc Jezus tutaj nie potępia faryzeuszy za to, że oni zbyt poważnie traktowali Boga. On potępia ich za to, że oni używali tego wszystkiego przeciwko ludziom. Kolejna biada dotyczy gorliwości misyjnej, ale pozbawionej prawdy. Jezus tu mówi, że ci ludzie obchodzą morze, ziemię, żeby pozyskać współuznawcę, a kiedy się z nim stanie, to czynią go gorszym. To oznacza, że gorliwość sama w sobie nie wystarcza, że można mieć energię, strategię, pasję, ekspansję, można mieć struktury, można mieć wpływ, a jednak prowadzić ludzi do głębszej niewoli niż mieliśmy ich z nim wyciągnąć. Każdy ruch religijny, każdy ruch kościelny, każdy kościół powinien od czasu do czasu się zapytać, jakich my ludzi formujemy w swoim działaniu. Czy my formujemy uczniów Chrystusa, czy też jakichś takich ludzi ambicji, uprzedzeń, jakichś obsesji, jakichś takich dziwnych rzeczy. Czy ludzie po spotkaniu z naszą formacją bardziej kochają Boga i bliźniego, czy też bardziej gardzą innymi ludźmi? I zobaczcie, jak to jest aktualne. Dziś można bardzo szybko zdobyć zwolenników. Można zbudować wiele na zasięgach, na grupach, na kanałach. Można tworzyć wokół tego tożsamość. Można tworzyć tożsamość wokół tego, przeciwko komu my jesteśmy. Można tworzyć tożsamość przez gniew, przez pogardę, przez sensację, przez zdanie takiego poczucia wyższości. Ale taki uczeń potem staje się jeszcze gorszy, jeszcze bardziej twardy, jeszcze bardziej agresywny, jeszcze bardziej pyszny, no i jeszcze bardziej mniej podobny do Jezusa. I ten rozdział oszczega nas przed tym, żeby na to uważać. Następnie Pan Jezus mówi o ślepych przewodnikach. To przypomina sytuację, w której ktoś potrafi dyskutować np. o sprawach drugorzędnych z taką ogromną pasją, ale zaniedbywać w ogóle rzeczy najważniejsze. Jezus nie lekceważy szczegółów, że szczegóły oderwane od Boga to już jest jakiś labirynt. Potem pada to słynne zdanie, że dają dziesięciny z mięty, kopru i kwinku, a pomijają to, co ważniejsze w prawie. Jezus tu nie mówi, że tamte rzeczy nie mają żadnego znaczenia. Mówi, to należało czynić, a tamtego nie opuszczać. Więc tym problemem faryzeizmu nie była dziesięcina, nie była skrupulatność, tylko była skrupulatność wybiórcza. My potrafimy być bardzo dokładni w tym, co bardzo łatwo policzyć, a jednocześnie być obojętni w tym, co tak naprawdę jest niewymierne. To jest przenikliwe. Zobaczcie, łatwiej jest odmierzyć dziesięcinę, nawet z miętu, kopru i kwinku, niż okazać miłosierdzie człowiekowi, który nas tak do głębi, do szpiku, kości irytuje i wnerwia. Łatwiej jest wykonać religijny gest, niż komuś przebaczyć, i to komuś, kto naprawdę tego przebaczenia potrzebuje, bo zawinił. Łatwiej jest znać poprawną doktrynę, niż być sprawiedliwym w takim codziennym życiu, w biznesie, w małżeństwie, w rodzicielstwie, w kościele. Łatwiej jest pilnować zewnętrznej formy, niż tej wewnętrznej. Ojcowie kościoła przestrzegali nieustannie przed taką właśnie pobożnością, ale odrywaną od miłości. Chryzostom, to też ze starożytnego kościoła, on upominał bogatych i możnych, że nie można czcić Chrystusa kielichem, a gardzić Nim przy ubogim. To była bardzo głęboka konsekwencja Ewangelii. Jeżeli Bóg okazał nam miłosierdzie, to my nie możemy budować czegoś bez miłosierdzia. Jeżeli zostaliśmy usprawiedliwieni z łaski, to nie możemy traktować tego jako ozdoby, którą zakładamy w niedzielę. Jezus dalej mówi o przecedzaniu komara i połykaniu wielbłąda. To jest prawie groteskowy obraz. Faryzeusze pilnują, by nie połknąć czegoś rytualnie nieczystego, ale jednocześnie połykają coś ogromnego. Taka moralna ślepota. Widzą pyłek wokół brata, ale nie widzą belki we własnym. Oburzają się na jakieś cudze słowo, ale nie widzą własnej pogardy i okrucieństwa. Z nami jest dokładnie tak samo. Dziś bardzo często przecedzamy komary i połykamy wielbłądy. Potrafimy kłócić się o styl muzyki, o drobne różnice językowe czy tradycyjne, o jakieś zwyczaje, o drugorzędne symbole. A jednocześnie potrafimy tolerować brak miłości, plotkę, pychę duchową i obojętność. Niby budujemy wizerunek obrońców prawdy, a w domu ranimy najbliższych. Niby walczymy o moralność publiczną, na przykład w stosunku do LGBT, ale gorzej z naszą uczciwością prywatną, jeżeli chodzi o podejście do pornografii. Jezus nie pozwala nam się ukryć za takimi drobiazgami. On prowadzi nas do głębi tego. Kolejna wiada dotyczy czyszczenia zewnętrznej strony, podczas gdy wnętrze jest obrzydliwe. Pan Jezus tam mówi o kubkach misach, potem mówi o grobach pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, ale wewnątrz są pełne kości, trupich i wszelkiego plugastwa. Już chyba mocniej nie można. Piękno, porządek, reputacja, pobożny język, estetyka, rytuał, a w środku śmierć i smród. To jest diagnoza duchowa. Człowiek potrafi zbudować zewnętrzne ja, które wygląda bardzo dobrze, funkcjonuje, jest w ogóle akceptowane, a nawet podziwiane. Ktoś może być odpowiedzialny, elokwentny, pomocny, poprawny, ale wewnątrz tam jest pełno nierozwiązanych spraw. Winy, gniewu, lęku, pogardy, pustki, jakiegoś pożądania kontroli, śmierci i smrodu. Ewangelia to nie jest kosmetyczna poprawa. Chrystus nie przyszedł pomalować grobu na biało. On przyszedł wskrzesić umarłych z grobu. Jednocześnie jest to bardzo dobra nowina. Dla ludzi zmęczonych udawaniem. Bo to znaczy, że nie musimy przed Bogiem utrzymywać wizerunku. Bóg nie oczekuje, że będziemy malować groby. My nie musimy udawać czystości, której nie mamy i udawać, że jest to zrobione, co nie jest zrobione. Możemy przyjść do Chrystusa tak, jak jest. On nie jest zaskoczony naszym wnętrzem. On wie. On widzi. I właśnie dlatego poszedł na krzyż. Ewangelia jest bardziej radykalna niż moralizm. Bo moralizm mówi, popraw zewnętrzne zachowania. Ewangelia mówi, ty chłopie, potrzebujesz nowego serca i nowego ducha. Moralizm mówi, postaraj się wyglądać lepiej, a Ewangelia mówi, ty się potrzebujesz narodzić na nowo. Bez tego nic nie będzie działać. Na końcu Pan Jezus mówi o tych, którzy budują groby prorokom i ozdabiają pomniki i tłumaczą się, że gdyby oni byli na miejscu tamtych, no to nie byliby wspólnikami w zabójstwie. A jednak Pan Jezus demaskuje ich jako synów tych, którzy mordowali proroków. Zobaczcie, każde pokolenie lubi myśleć, że byłoby po właściwej stronie historii. My to lubimy mówić. Gdybym żył w tamtych czasach, stanąłbym po stronie... Możemy tu iść w stronę proroków, reformatorów, męczenników, prześladowanych chrześcijań, skrzywdzonych, ale też tych, których gnębili naziści, komunizm. Dzisiaj też lubimy stawać po właściwej stronie historii, np. w konflikcie ukraińsko-polskim na przestrzeni historii. I popatrzcie, Pan Jezus pokazuje, że łatwo czcić. Łatwo czcić martwych proroków i nienawidzić żywych. Łatwo budować pomniki ludziom, którzy już nie przeszkadzają, a odrzucać konfrontacji. Wielu dzisiaj tak działa. Wielu dzisiaj szanuje, podziwia, udostępnia Lutra, Kalwina, Wesleya, Spardzona, ostatnio jest moda na Bonhoeffera, ale też na takich ojców kościoła jak Augusty, Natanazy, Chryzostom. Tylko że ci sami ludzie, gdyby żyli w tamtych czasach, to pewnie by uznali za zbyt ostrych, zbyt niewygodnych, zbyt niebezpiecznych, zbyt niepasujących do obowiązującego porządku albo np. zbyt ekumenicznych. Prawdziwi świadkowie są bardzo często niewygodni dla swojej epoki. Nie dlatego, że ci świadkowie są awanturnikami, tylko dlatego, że Boża prawda zawsze narusza ten fałszywy obraz oparty na kłamstwie. A współczesnych lutrów, Kalwinów, Weslejów, Spardzonów nienawidzimy. Jezus kończy ten rozdział lamentem. On mówi, Jeruzalem, Jeruzalem, ty zabijasz proroków i kamieniujesz i cała ta reszta. To jest bardzo poruszające miejsce w Ewangelii, bo po tych wszystkich biada słyszymy serce Chrystusa. On nie wypowiada sądu z zimną satysfakcją. On płacze nad tym miastem. Jego święty gniew nie jest przeciwieństwem miłości. Jego święty gniew jest połączony ze świętą miłością. On cierpi. To jest ważne duszpastersko. Niektórzy wyobrażają sobie Jezusa tylko jako takiego łagodnego nauczyciela, który nigdy nikogo z niczym nie konfrontuje. Inni będą sobie Go wyobrażać jako takiego surowego sędziego, który zawsze ma dystans, a ten rozdział pokazuje pełnię. Jezus jest jednym i drugim. Jest prawdą i miłością. On potrafi powiedzieć skutecznie biada i jednocześnie potrafi płakać. Potrafi zdemaskować hipokryzję i jednocześnie wyciągnąć takie skrzydło jak ptak nad pisklętami. W nim nie ma ani fałszywej pobożliwości, ani takiego okrucieństwa. Słowa, a nie chcieliście w tym fragmencie są dramatyczne. Bóg wzywał, posyłał proroków, cierpliwie przemawiał, na końcu posyłał swojego syna, a człowiek tego nie chce. Problemem Jerozolimy nie był brak zaproszenia, tylko opór tych ludzi. Ten rozdział mówi też do współczesnego człowieka, bo my bardzo często szukamy wyjaśnień dla swojego stanu w okolicznościach zewnętrznych. Ile razy ja słyszałem, że Kościół mnie zabiódł, że ludzie mnie zranili, że świat jest skomplikowany, że religia jest trudna, że ja mam za dużo pytań, nie czuję tego, nie potrafię, nie mam czasu. Wszystko w porządku. Nie można lekceważyć tych doświadczeń. Niektóre rany są bardzo realne, niektóre zgłoszenia są bardzo poważne. Ale przychodzi pewien moment, w którym Chrystus staje przed człowiekiem i mówi chciałem cię zgromadzić, a ty nie chciałeś. To już nie jest kwestia trudności, to jest kwestia serca i naszej decyzji. Więc ten Mateusz, 23 rozdział pokazuje, że Jezus nie daje się oszukać pozorom. On widzi serce, on widzi motywację, on widzi ukryte kompromisy, on widzi pobożność, źródło tej pobożności i właśnie dlatego jego łaska jest tak głęboka. Bo Chrystus nie zbawia nas dla wizerunków. On zbawia nas dla siebie. Ten rozdział prowadzi oczywiście też do krzyża. On tu nie łagodzi prawdy, idzie drogą proroka, który wie, że Jerozolima zabija tych, którzy są do niej posłani, a przecież on jest tam posłany. I to jest kimś większym niż prorok. On zostanie odrzucony, żeby grzesznicy mogli zostać przyjęci. On będzie wyprowadzony poza miasto, wzgardzony, weźmie na siebie cały sąd, na który zasługujemy. On, jedynie całkowicie czysty, zostanie potraktowany jak najbardziej nieczysty, żebyśmy my mogli stać się świątynami Ducha Świętego. To jest właśnie Ewangelia. Jezus nie tylko potępia hipokryzję. On umiera za hipokrytów, za tych, którzy przychodzą do Niego w pokócie. On nie tylko demaskuje pychę. On daje łaskę pysznym, kiedy zostają złamani i uniżeni. On nie tylko ostrzega fałszywych nauczycieli. On może oczyścić usta kaznodzieli. Może oczyścić serce lidera, motywację jakiegoś sługi. On może oczyścić kulturę całego kościoła. Ale zrobi to tam, gdzie człowiek przestaje bronić swojej fasady, bo łaska przychodzi tam, gdzie kończy się udawanie. Jak się pochylamy nad tym rozdziałem, to nie pytajmy, kto inny powinien tego posłuchać. Nie mówmy sobie, to idealny rozdział dla tamtych, tamtego kościoła, tamtego pastora, tamtego środowiska. Nie. Zapytajmy raczej, Panie Jezu, gdzie ja mówię, a nie czy nie. Gdzie nakładam ciężary, a sam nie pomagam ich nieść. Gdzie ja szukam uznania. Gdzie moja pobożność zaczęła być teatrem. Gdzie ja przecedzam komara, a połykam bielbłąda. Gdzie ja czyszczę zewnętrzną stronę, a unikam oczyszczania wnętrza. Gdzie ja buduję pomniki dawnym prorokom, ale dzisiaj nie chcę, żeby do mnie dotarło Twoje słowo. Ja jak czytam ten rozdział, to on mnie czasami boli. Bardzo boli. I to dobrze. Bo są takie bóle, które są znakiem choroby, ale są też bóle, które są początkiem leczenia. Mnie osobiście te słowo Chrystusa tnie głęboko. Ale one nigdy mnie nie ciało i nie tnie, po to, żeby mnie zniszczyć. One tnie mnie jak skalpel w ręku dobrego lekarza. I niech Ciebie tak potnie.


Autor kazania
Pastor Bartłomiej Szymon Kurylas
Pastor, nauczyciel Słowa Bożego i duszpasterz, który od wielu lat służy Kościołowi, prowadząc ludzi do głębszej relacji z Jezusem Chrystusem.
Poznaj autora