Nie zlekceważ zbawienia
Nie chodzi o chwilowe zapomnienie, lecz o poważne lekceważenie zbawienia. Bóg nie milczy, lecz woła do nas, byśmy nie dryfowali w duchowej obojętności. Zbawienie w Chrystusie to największy skarb, którego nie można zlekceważyć.
Transkrypcja
Witajcie w imieniu Jezusa Chrystusa. Witam wszystkich zebranych w kapicy, wszystkich zebranych na transmisji internetowej. Kontynuujemy list do Hebrajczyków. Piąte kazanie chyba jest, tak? Piąte kazanie z tego listu do Hebrajczyków. Dzisiaj troszkę zwolnimy znowu. Ostatnio dosyć dużo przerobiliśmy, dzisiaj troszkę mniej. Tym tekstem, wokół którego się dzisiaj będziemy poruszać są pierwsze cztery wersety drugiego rozdziału. Odczytam je z przekładu Biblii Warszawskiej. Dlatego jest konieczne, abyśmy z jak największą pilnością zwracali uwagę na to, cośmy słyszeli, abyśmy przypadkiem nie zeszli na bezdroża. Jeśli bowiem objawiona przez aniołów mowa była mocna, a wszelkie przekroczenie i nieposłuszeństwo otrzymało słuszną zapłatę, jakże my unikniemy kary, jeśli nie będziemy się troszczyć o tak wielkie zbawienie? Było ono głoszone na początku przez Pana, a umocnione u nas przez tych, którzy je słyszeli. Bóg zaś uwierzytelnił je cudami, znakami przedziwnymi, różnorakimi mocami i udzielaniem Ducha Świętego według swojej woli. W Piśmie Świętym są takie fragmenty, które powodują, że zachwycamy się tym, kim jest Pan Bóg, zachwycamy się tym, kim jest Jezus Chrystus, zachwycamy się Duchem Świętym, zachwycamy się tym objawieniem Boga przekazanym przez Słowo Boże. Kiedy sięgamy po te fragmenty, ostatnie kazania były takimi fragmentami, to znaczy omawialiśmy fragmenty właśnie tego typu, no to czujemy, myślę, taki podziw do tego, kim jest Bóg, wzrasta w nas taki poziom uwielbienia. Myślę, że rozsądny ktoś zatrzymuje się wtedy nad wielkością Jezusa Chrystusa, nad wielkością tego, kim jest Jezus Chrystus, w kogo my w ogóle wierzymy, jakże wielki jest Ten, w którego wierzymy i w którym pokładamy całe swoje nadzieje. Ale są też takie fragmenty Bożego Słowa, które powodują, że trzeba się określić, trzeba się zdecydować, czy ja jestem tylko słuchaczem tego Bożego Słowa, czy też ja jestem wykonawcą tego Bożego Słowa, które nie pozwalają nam zostać jakąś neutralną osobą względem tego, co jest objawione w Piśmie Świętym. Są takie fragmenty Bożego Słowa, które zmuszają nas do tego, by sobie zadać jakieś ważne pytania, jakieś trudne pytania. Nie komuś je zadać, tylko sobie je zadać, to jest niezwykle ważne. I te fragmenty nie tyle poszerzają naszą wiedzę, a może nawet właśnie nie poszerzają tej naszej wiedzy, ale powodują, że nasze serca są badane. No i te cztery wersety właśnie do takiego fragmentu należą. Właśnie te cztery wersety takim fragmentem Bożego Słowa są. Przez ostatnie kazania i przez pierwszy rozdział Listu do Hebrajczyków szliśmy na takie duchowe szczyty. Autor bądź autorka tego listu prowadził nas. Będę używał formy autor, ale przypominam, że nie jesteśmy tacy pewni, kto napisał ten list do Hebrajczyków, ci, którzy badają temat. No więc autor tego Listu do Hebrajczyków prowadził nas do takiej duchowej góry, na taki duchowy szczyt. Omawialiśmy sobie, że Bóg przemówił, że nasz Bóg przemówił. On nie jest Bogiem milczącym, tylko to jest Bóg, który przemówił do człowieka przez swojego Syna, przemówił przez Boże Słowo, objawił Jezusa jako Stwórcę Wszechświata, jako tego, dzięki któremu Wszechświat istnieje, tego, który podtrzymuje cały Wszechświat. Przedstawił Go jako odblask, ten idealny odblask Chwały Bożej, jako odbicie, to idealne odbicie Jego istoty. Padły te piękne słowa, że Jezus jest tym, który podtrzymuje wszystko słowem swojej mocy. Odnieśliśmy to też do naszego życia, że skoro wszystko, to tym bardziej nasze życie. Zapoznaliśmy się z tym, że On dokonał oczyszczenia za nasze grzechy, że złożył ofiarę, tą jedną, niepowtarzalną, wystarczającą, skuteczną, bardzo ważny termin, skuteczną ofiarę, zasiadł i zatrzymaliśmy się nad tym, dlaczego to jest istotne, że On zasiadł, nie stoi, tylko zasiadł po prawicy majestatu na wysokościach. Później przeszliśmy do fragmentu, który jasno wykazał, że Jezus nie jest największym aniołem, tylko jest kimś nieskończenie większym od nawet największych aniołów. Oni są sługami, On jest Stwórcą, oni oddają Mu pokłon, ten pokłon przyjmuje. Inaczej mówiąc, On odbiera tę cześć należną tylko Bogu. No i dobrze nam było. Takie mam wrażenie. To są fajne fragmenty Bożego Słowa, one budują naszą wiedzę, naszą wiarę. No i fajnie by było, żeby ten autor Listu do Hebrajczyków nadal szedł w tym kierunku. Ale on tak nie myślał. Powiedział stop, w sensie nie, że zakończył pierwszy rozdział, bo on sobie tego nie rozpisywał na rozdziały, tylko zakończył tę myśl. No i przeszedł do czegoś bardzo dziwnego, co zaczął od słowa dlatego. Dlatego. Czyli wszystko to, co poznaliśmy i nagle autor tego Listu mówi dlatego, no i zaraz będziemy analizować co takiego dlatego, dlatego, że wiemy już tamte rzeczy. I to jedno słowo też pokazuje pewną ważną zasadę w chrześcijaństwie. W chrześcijaństwie nigdy nie chodzi o wiedzę dla wiedzy. Można mieć super wiedzę na temat doktry. Można mieć super informacje, można być wybitnym znawcą tematu, ale w chrześcijaństwie nie chodzi o wiedzę dla wiedzy. Chrześcijaninem nie jesteś dlatego, że posiadasz jakąś wiedzę, że zdobyłeś jakąś wiedzę np. na temat Chrystusa. W chrześcijaństwie chodzi o praktykę. Skoro masz pewną wiedzę, to dlatego powinna z tego wypływać pewna praktyka. Jeśli ktoś twierdzi, że zna Chrystusa, że wie o Chrystusie, że poznał Chrystusa, no to to poznanie Chrystusa, ono wymaga odpowiedzi w życiu człowieka, inaczej jest nic nie warte. Jest taki termin, że objawienie, jeżeli Bóg komuś się objawił, to go zobowiąza. Objawienie zobowiązuje. Jeżeli masz objawione, kim jest Jezus Chrystus, to jesteś do czegoś zobowiązany. Każda prawda, którą Bóg objawił człowiekowi w tym powszechnym zrozumieniu, w tym szczegółowym zrozumieniu i w naszym indywidualnym życiu, ona stawia przed człowiekiem pewne pytanie. Co ty z tym zrobisz? I w tym powszechnym zrozumieniu, że wystarczy popatrzeć na świat i trzeba dojść do wniosku, że ktoś za tym wszystkim stoi, że niebo jest niebieskie, liście są zielone, drzewo jest brązowe i czasem zadać pytanie, kto to pomalował, kto to wszystko stworzył. To musi prowadzić mnie do pewnego pytania, co z tym zrobię. Te objawienie szczegółowe, a więc to, co poznajemy przez Pismo Święte, że nie jest to jakiś tam Bóg, tylko konkretny Bóg, ona również stawia przed nami to pytanie, co ty z tym zrobisz i to, co Bóg bezpośrednio objawia tobie, to również stawia pytanie, co ty z tym zrobisz. No i właśnie dlatego ten List do Hebrejczyków jest takim ciekawym listem, bo on nie jest tylko wykładem o Chrystusie. On jest również bardzo mocnym, może najmocniejszym, zdecydowanie mocniejszym niż List do Rzymian, być może najmocniejszym wezwaniem do tego, żebyś ty wytrwał przy Chrystusie. To jest oczywiście list, który wielu używa, by udowodnić tezę, którą najpierw stawiają, że zbawienie można utracić. Na podstawie tego listu jest najwięcej rozmów na temat tego, czy zbawienie można utracić czy nie, bo ten list stawia przed nami takie wyzwanie. Wyzwanie do tego, żeby wytrwać przy Chrystusie. Autor tego listu nie tylko chce przekonać swoich odbiorców, że Jezus jest największy, że jest większy od proroków, większy od Mojżesza, większy od Arona, większy od aniołów. On chce, żeby nikt spośród tych, którzy usłyszeli i przyjęli Ewangelię, żeby nikt z tych ludzi się nie odwrócił w swoim życiu od tej Ewangelii. I w tym miejscu tego listu rozpoczyna się, to jest mój podział, pewnie się można spotkać z innym, ja ten list w ten sposób analizuję, w tym miejscu jest pierwsze z pięciu wielkich ostrzeżeń, które będziemy sobie przerabiać. Dzisiaj będziemy rozmawiać o pierwszym z pięciu wielkich ostrzeżeń. I te ostrzeżenia nie są napisane po to, przynajmniej według mnie, żeby odbierać wierzącym pewność zbawienia. Ja oczywiście wiem, że niektórzy tak odczytują ten list, spotkałem się z taką interpretacją tego listu, ale dopóki się nie spotkałem z tą interpretacją, to nawet nie do końca mi przychodziło do głowy, że można to tak odbierać. No więc ten list i te ostrzeżenia nie są po to, żeby zabrać ci pewność zbawienia, żeby cię doprowadzić do jakiegoś takiego miejsca, że ty już nie jesteś pewny. Czy jestem zbawiony? Nie jestem zbawiony. Ten Duch Święty to jakoś po cichu ode mnie odleciał. Co się dzieje w tej historii? A są takie kościoły, które potrafią już powiedzieć, że Duch Święty potrafi w sposób niezauważony opuścić człowieka i budują to m.in. listem do hebrajczyków. Więc nie. On nie jest po to. On jest po to, żebyś był wezwany. Żebyś był wezwany do czujności, do bycia gorącym, no i do wytrwałości w Jezusie Chrystusie. Za niedługo jedziemy w góry. Przypominam, 8 sierpnia bracia się wybierają w góry. Zapisało się mnóstwo braci, czterech. Weźcie sobie to do serca, bo przestaniemy organizować te braterskie. No więc jedziemy w góry i tam w tych górach, znaczy w tej górce, bo to będzie górka, taka górka, góreczka. Pagórek taki w zasadzie. No więc tam nie, ale gdybyśmy pojechali w prawdziwe góry, gdybyśmy pojechali w wymagające góry tarnowskie, to spotkalibyśmy na szlakach ostrzegawcze znaki. Od czasu do czasu na takich trudniejszych szlakach są ostrzegawcze znaki. Są ostrzegawcze znaki. I te ostrzegawcze znaki na szlakach, one nie są wyrazem niechęci do turystów. Nie stawia się ich tam dlatego, że ktoś, kto opracował ten szlak, jest niechętny turystom. Nie, one są tam postawione po to, że ktoś się troszczy o życie tych ludzi. Ktoś uznał, że należy dać taki znak nie dlatego, że go nie lubi albo nie dlatego, że on tam w ogóle nie powinien być i iść albo go tam nie ma, tego kogoś, tylko ktoś postawił ten ostrzegawczy znak jako wyraz troski. No i właśnie tak Boże ostrzeżenia są wyrazem Bożej miłości. Bóg ostrzega swoich ludzi, ponieważ chce, żeby oni w sposób bezpieczny dotarli do celu. Ale to nie oznacza, że oni nie są na szlaku albo że zeszli ze szlaku. Nie, skoro oni widzą te znaki ostrzegawcze, skoro Bóg do nich je mówi, to znaczy, że oni na tym szlaku są. Bo gdyby na nim nie byli, to by znaków ostrzegawczych nie widzieli. W związku z czym ostrzeżenia biblijne nie są dla ludzi, którzy już nie są na szlaku albo z tego powodu, że na szlaku mogą przestać być. No właśnie dlatego, że są na tym szlaku, są potrzebne te ostrzeżenia, żeby w sposób bezpieczny dotarli do celu. Co jest jeszcze zaskakujące w tym fragmencie? Autor tutaj nie pyta, jakże ujdziemy, jeśli będziemy prześladowani albo jakże ujdziemy, jeśli popełnimy wielki, mroczny, totalnie ukryty grzech. On nawet nie zapytał, jakże ujdziemy, jeśli zaprzeczymy Chrystusowi. On zadaje bardzo niewygodne pytanie. To jakże my ujdziemy cało, jeżeli zlekceważymy tak wielkie zbawienie? Tam się pojawia mocny czasownik grecki. Amoleo się to chyba wymawia, a przynajmniej pisze się Amoleo. I ten grecki czasownik to nie jest czasownik określający takie zwykłe zapomnienie. Czasami człowiekowi zdarza się coś zapomnieć. Na przykład ja zawsze zapominam, tak zwyczajnie zapominam, ile jestem lat po ślubie zawsze. I to nie jest ten czasownik. Albo komuś się zdarzy coś tam zapomnieć, tak z roztargnienia, gdzieś tam coś takie, wiecie, błachowski. To nie jest ten czasownik. Do tego Grecy mają zupełnie inny czasownik. To nie jest też takie chwilowe niedbalstwo, że ktoś generalnie jest poukładany, ale chwilowo jest taki niedbały. Nie, ten czasownik mówi o poważnym lekceważeniu, o takim braku troski, o takim traktowaniu czegoś, jakby to nie miało większej wartości. Dotyczy to ludzi, którzy przestają cenić to, co jest niezwykle ważne. Czyli to nie chodzi, wiecie, o jakiś jednorazowy upadek i nie o tym są te ostrzeżenia. Biblia w zasadzie przed tym nie ostrzega, tylko informuje, że tak będzie. To nie chodzi o to, że ktoś jednorazowo coś tam się stało, tylko to chodzi o to, że ktoś dosyć poważnie w to wszedł i zaczyna traktować Ewangelię jak coś takiego trywialnego, oczywistego, należnego mu się, i w ogóle on taki jest, i o co w ogóle chodzi. I to powinno nas zatrzymać, to jakże my ujdziemy. No i będziemy sobie to oczywiście dogłębnie analizować. I teraz będziemy analizować, będziemy też, jeśli czas pozwoli, sięgać do kontekstu kulturowo-historycznego, ale chciałbym, żeby jednak nasze serca poszły w takim kierunku, żebyśmy najpierw zapytali, co Bóg do mnie mówi, do ciebie mówi, do nas mówi. Nie co dwa tysiące lat temu powiedział do hebrajczyków, tylko co konkretnie ten fragment mówi do mnie i do ciebie. Czy żebyśmy się naprawdę pochylili nad tym, czy ja, czy ty, czy my uważamy nadal, że zbawienie w Chrystusie to jest największy skarb mojego życia. To jest ta perła w moim życiu. I też przypadkiem ja, ty, my nie zaczynamy wchodzić w niebezpieczne rejony, że zaczynamy lekceważyć, lekceważyć zbawienie, bo przed tym wielkim niebezpieczeństwem Duch Święty właśnie ostrzega przez te cztery wersety swój Kościół, w tym ciebie i mnie. Więc jeszcze raz, zaczyna się to od poważnych słów DLATEGO. I rzeczywiście to słowo DLATEGO odsyła nas do tego pierwszego rozdziału i do tego wszystkiego, co przeczytaliśmy wcześniej, że dlaczego my mamy zwracać baczniejszą uwagę na nasze zbawienie. Dlaczego? Ano dlatego, że Jezus nie jest zwykłym nauczycielem. To nie jest kolejny prorok. To nie jest kolejny nauczyciel. To nie jest nauczyciel moralności i etyki. Dlatego. Dlaczego? Dlatego, że Jezus jest Synem Bożym. Też sobie to omawialiśmy. Dlatego, że jest większy od wszystkich i od wszystkiego. Dlatego, że to poprzez Niego przemówił Bóg. Dlatego, że im większy jest Chrystus, tym większa jest odpowiedzialność Twoja związana z odpowiedzią na to, kim On jest. To jest ważna zasada w zasadzie całej Biblii, że im większe objawienie, tym większa też odpowiedzialność. Odpowiedzialność. Kiedy Bóg mówi, to żaden człowiek nie może i nie pozostaje neutralny. Nie ma takiej sytuacji. Kiedy Bóg mówi, człowiek już nie może być neutralny. Na ewangelizacjach warto to podkreślać, że jeżeli Bóg zdecydował, że jakiś ewangelista stoi na ulicy i głosi Ewangelię, na przykład nasi, ale też każdy inny, i jeżeli Bóg zdecydował, że w tym czasie, w tym miejscu będzie jakiś człowiek i będzie to słyszał, to koniec neutralności. Koniec neutralności. On musi coś z tym zrobić. Albo to zlekceważyć, albo to odrzucić, albo to przyjąć. Ale nie będzie mógł powiedzieć, nie wiedziałem. Kiedy Bóg mówi, kończy się neutralność. Kończy się neutralność w Twoim życiu. Nie istnieje coś takiego, jak bierne słuchanie Bożego Słowa. Słowo Boże zawsze rezonuje. Zawsze rezonuje. Zawsze ma moc. Ono nie ma mocy wtedy, kiedy Ty pozwolisz mu mieć moc. Biblia nie uczy, że Słowo Boże ma moc, kiedy człowiek pozwoli na tą moc. Nie. Biblia mówi, że Słowo Boże ma moc. Ono ma zawsze moc. Nie ma czegoś takiego, jak bierne słuchanie Bożego Słowa. Każde słuchanie Bożego Słowa, czytanie Bożego Słowa, a też każde kazanie, każda przeczytana książka na temat jakiegoś nauczania. W takim wymiarze duchowym każde napomnienie Ducha Świętego, które Duch Święty kieruje do mojego serca, do Twojego serca, to zawsze prowadzi nas w jakimś kierunku. W jednym z dwóch kierunków. Albo nasze serce staje się bardziej posłuszne względem tego, co Bóg objawił, albo bardziej zatwardziałe. I trzeciej drogi nie ma. Trzeciej drogi nie ma. Dlatego tak idiotycznym pomysłem jest chodzenie do Kościoła jako osoba niewierząca. Dlatego takim bezsensem jest udawanie Kościoła. Kiedy to Boże Słowo i tak działa. I nie daje Ci wyboru. Nie możesz być neutralny. Albo coś z tym zrobisz, co usłyszałeś, nauczyłeś się i tak dalej, albo to zlekceważysz. Trzeciej drogi nie ma. I popatrzcie, że to przypomina słowa samego Jezusa. Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie. A kto ze mną mnie zbiera, rozprasza. I koniec. Tam nie ma mowy o neutralności. Chrystus nie pozostawia człowiekowi miejsca na duchową neutralność. Można Go za to kochać, a niektórzy Go za to nienawidzą. I od samego początku tak było. Musimy. Musimy. Kolejne słowo w tym fragmencie Bożego Słowa. Dlatego jest konieczne. I później mamy fajne słowo. Musimy. Musimy. Czyli nie ma tutaj Dobrze by było. Nie ma tutaj Kasiu byłoby wskazane. Byłoby wskazane. Albo gdzieś kiedyś słyszałem, że to jest tylko taka luźna inspiracja, czy jakoś tak to było powiedziane, że to nie jest nakaz pański, tylko to jest luźna sugestia. To jest taka luźna sugestia. No nie. To jest konieczność. To jest konieczność. Jezus Chrystus jest tym, kim autor tego listu przed chwilą go przedstawił. I teraz jedyną rozsądną odpowiedzią jest uważne, uważne słuchanie Jego i tego, co On ma do powiedzenia. Nie istnieje chrześcijaństwo, które mówi sobie tak. Wierzę w Jezusa. Ale nie muszę słuchać tego, co On mówi. Mogę to traktować jako inspirację w swoim życiu. Takie chrześcijaństwo to nazywamy religią chrześcijańską. Ale to za wiele wspólnego z autentycznym chrześcijaństwem nie ma. Dlatego abyśmy z jak największą pilnością zwracali uwagę. I kiedy się przyjrzeć konstrukcji tego, mowa tam jest dosłownie o przywiązaniu się do czegoś. Czyli o takim trzymaniu się czegoś kurczowo z jak największą uwagą. Skoro tu jest mowa o tym, kim jest Jezus i co zrobił, bo to wiemy z pierwszego rozdziału. Inaczej mówiąc jest mowa o Ewangelii. W takim razie w chrześcijaństwie nie chodzi o jednorazowe usłyszenie Ewangelii i o jednorazowe zaakceptowanie Ewangelii, ale chodzi o to, żeby nieustannie przy niej trwać. I to, co mnie najbardziej pociąga w chrześcijaństwie, to jest fakt, że chrześcijaństwo nie jest wydarzeniem jednego dnia. Nie jest wydarzeniem jednego dnia. I im ktoś poważnie podchodzi do chrześcijaństwa, tym wie, że poprzedni dzień Twojego chrześcijaństwa jest mniej ważny jak następny. Tak naprawdę im dalej w las, tym głębiej, tym lepiej, tym mocniej. Chrześcijaństwo nie jest wydarzeniem jednego dnia. To jest coś, co jest fascynujące jutro jeszcze bardziej niż było wczoraj. A już na pewno jutro jest bardziej fascynujące niż ten moment, w którym podjąłeś tą słynną decyzję, tak jakby to od Ciebie zależało, że od tej pory będziesz chrześcijaninem. Więc chrześcijaństwo nie jest modlitwą wypowiedzianą kiedyś na ewangelizacji albo modlitwą grzesznika. Oczywiście Bóg ma moc zbawić kogoś pomimo tej całej modlitwy grzesznika. Pomimo tego, że ktoś tak myśli, to Bóg ma moc go zbawić. Ale chrześcijaństwo nie jest modlitwą wypowiedzianą gdzieś tam kiedyś, powtórzoną za kimś. Są tacy, co tak wierzą. Nazywają się muzułmanie. Oni tak wierzą, że jak ktoś tam raz wypowie ich deklarację wiary, no to od tej pory jest muzułmaninem. Ale chrześcijaństwo na tym nie polega. Twoje chrześcijaństwo to nawet nie jest twoja decyzja sprzed 20 lat. Jeżeli ktoś tam 20 lat temu podjął jakąś decyzję. Nie. Twoje chrześcijaństwo to jest codzienne, codzienne trwanie przy Chrystusie albo nie ma twojego chrześcijaństwa. I znowu, sam Pan Jezus jeżeli wy trwacie w Słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie. Więc on mówi o takim chrześcijaństwie. Nie o tym, co 20 lat temu ktoś podjął decyzję. Jeżeli wy trwacie w moim Słowie, prawdziwie uczniami moimi będziecie. Nie powiedział, jeżeli raz usłyszeliście moje słowo, jeżeli ktoś wam zwiastował i odpowiedzieliście modlitwą. Nie. Powiedział, jeżeli wy trwacie. Wy trwacie. A tu mamy, abyśmy przypadkiem nie zeszli na bezdroża. W tym liście do hebrajczyków. Więc z pilną taką uwagą do tego podchodzimy, do tego swojego chrześcijaństwa. Nie lekceważmy tego, co słyszeliśmy, żebyśmy przypadkiem nie zeszli na bezdroża. Mówiąc inaczej, żebyśmy nie zboczyli z kursu. Nie zboczyli z tej drogi. I tu jest piękny obraz. I tu akurat Greka super to oddaje. Bo w oryginale w języku greckim, gdyby tak jeden do jednego przetłumaczyć ten fragment Bożego Słowa, to w zasadzie mówilibyśmy o byciu zniesionym przez prąd, bo tam się pojawia greckie słowo, którego używali marynarze. Właśnie wtedy, kiedy ktoś został zniesiony przez prąd. I to jest fajne, bo marynarze, żeglarze, nie wiem, czy to jest to samo, ale mam na myśli żeglarze przepływają. I to nie kraulem, tylko na statkach. No bo teraz tak. Płynie sobie statek. Czy jacht, czy cokolwiek. Płynie sobie stateczek i on płynie do portu. Do bezpiecznego portu. Bezpiecznego portu ma wpłynąć do bezpiecznego portu. Wszystko jest przygotowane. Port jest bezpieczny, obsługa portu jest. Kotwica jest przygotowana. Tylko marynarze mają wszystko gdzieś. Są nieuważni. Nie zauważają prądu. Nie reagują. Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie mówimy o sytuacji, że zrywa się superburza. Nie mówimy o sytuacji, że jest jakiś super sztorm. Nie mówimy o sytuacji, że fale zalewają ten statek. Nie. Wszystko jest okej. Wszystko jest w porządeczku. Jest tylko prąd. I oni nie zauważają. Nie ma żadnej eksplozji, nie ma żadnej dynamiki w tej historii. Jest zwykła nuda, zwykły prąd. Tylko taki powolny prąd. I jeżeli oni nie czuwają na tym statku i nie robią tego, co powinni być, to po pewnym czasie ten statek znajduje się bardzo daleko od miejsca, w którym chcieli być. Ten prąd bardzo delikatnie, bez żadnej burzy, bez żadnego sztormu, znosi ten stateczek. I trochę tak można rozumieć te nasze duchowe życie. W tym ostrzeżeniu nie ma mowy o takim gwałtownym buncie przeciwko Bogu. To nie o tym jest ten fragment. I większość chrześcijan nawet nie dochodzi do takiego pułapu na całe szczęście. Że jakoś tak nagle gwałtownie wstajesz rano i od dzisiaj nie wierzę w Boga. Nie ma Boga. Od dzisiaj mam wszystko gdzieś. Jakby mało kto tak robi. Tu jest mowa o takim właśnie dryfowaniu. Niby wszystko w porządku. Tylko tak dryfujesz. No i właśnie dlatego to jest tak niebezpieczny tekst dla tych, którzy sobie tak dryfują, a zwłaszcza sobie dryfują w religii. Wydaje im się, że jest wszystko w porządku. Doktryna jest w porządku. Praktyki są w porządku. Wszystko jest niby w porządku. Nikt z tych ludzi się nagle w jednego dnia nie budzi z taką myślą dzisiaj przestaję wierzyć. To się dzieje bardzo powoli. Bardzo niezauważalnie. Jak to się dzieje? Jak można sprawdzić, czy ja przypadkiem już nie jestem na tym prądzie, który mnie znosi od portu? Na przykład modlitwa przestaje być radością. Ja osobiście uważam, że to jest jeden z niebezpiecznych sygnałów. Jeżeli ktoś jest w tym miejscu, to to kazanie jest bardzo do ciebie. Modlitwa przestaje być radością. Ty się już nie radujesz z modlitwy. Później jest taki moment, w którym Biblia zaczyna się kurzyć na płudze. Ona jest. Ona jest nawet często bardzo dobrze podkreślana. Tylko się zaczyna kurzyć na twojej płudze. Później, oczywiście ta kolejność może być zamieniona, ale to są takie symptomy według mnie. Później taki człowiek tak powoli, powoli, powoli on zaczyna mieć takie wymówki, żeby nie być z Kościołem. To będą bardzo rozsądne wymówki. To nie będą burze. Będą bardzo rozsądne wymówki. Będą bardzo rozsądne wymówki, żeby nie być z Kościołem. Na przykład na braterskim. Później, później, później sumienie w pewnym momencie przestaje reagować na grzech. Najpierw na taki mikrogrzech nie reaguje. Na taki tyci tyci grzech. Później na większy grzech nie reaguje. Później już w ogóle ma problem z reakcją na grzech. Oczywiście swój grzech, w tej parze wtedy idzie, że te sumienie się wyczula na czyjś grzech. No więc przestaje reagować na grzech. Później, i tak jak powiedziałem, to może być pomieszane, może być w którejś z tych historii. Później świat zaczyna być taki coraz bardziej atrakcyjny, coraz bardziej fajny, coraz lepszy. I w pewnym momencie taki człowiek odkrywa, że jest bardzo daleko. Bardzo daleko. A nie było żadnej burzy. Nie zerwał się żaden sztorm. Ale on nagle odkrywa, że jest bardzo daleko od miejsca, w którym kiedyś był. I od kierunku, w którym kiedyś płynął. I w tym wszystkim najbardziej niebezpieczne jest to, że ten ten odchył, ta zmiana kursu, ona odbywa się praktycznie niezauważalnie. Tego nie widać. To jest praktycznie niezauważalna zmiana. Delikatna zmiana, bo gdyby to było nagłe odbicie, to każdy by się zorientował. Cały problem, że to jest taki delikatny dryf nie w tą stronę. Tak się dzieje, podobno, kiedy żeglarz i marynarz zapomina, że powinien trzymać ster, zwłaszcza wtedy, gdy mu się wydaje, że prosto płynie. Tak się wtedy dzieje. I w tym naszym duchowym życiu jest bardzo podobnie. Tak się dzieje wtedy, kiedy ktoś przestaje mieć tą świadomość, że muszę trzymać się steru, jakim jest Jezus Chrystus. Czytałem taką historię. Jeden z pastorów to opisał. Angielski pastor, ale nie Piotr. On opisał, że spacerował z dziećmi nad morzem i zostawił dzieci tam. I te dzieci się bawiły przy brzegu. I one w zasadzie nic nie robiły. Nie biegały. Nie były jakieś takie turbo niegrzeczne. Ale on nagle zauważył po kilkunastu minutach, że te dzieci są kilkadziesiąt metrów dalej, niż powinny być. Kilkadziesiąt metrów dalej. I w ogóle te dzieci nie postanowiły, że tak będzie. Po prostu jakiś taki prąd przybrzeżny, chyba się to nazywa, nieustannie, nieustannie przesuwał te dzieci, aż one się zaczęły bardzo niebezpiecznie oddalać. No i tak właśnie działa grzech. Tak to właśnie działa. Twoje i moje życie, one nie stoją w miejscu. Dlatego nie możemy sobie żyć na luzie. Dlatego ten list do Heblejczyków mówi, żebyśmy sobie tak nie żyli na luzie. To nie oznacza, że mamy się nie radować. To nie oznacza, że nie możemy iść do kina. Tego wszystkiego nie powiedziałem. Ale chodzi o to, żeby nie żyć sobie tak na luzie. Żeby nie doszło do sytuacji, że przestajemy świadomie trwać przy Chrystusie i zaczynamy dryfować. Bo to się wtedy źle kończy. Jakże my unikniemy kary? Jakże my ujdziemy cało w innym przekładzie, jeśli zlekceważymy tak wielkie zbawienie? Czy jeśli nie będziemy się troszczyć o tak wielkie zbawienie? To jest oczywiście najważniejszy fragment tych czterech wersetów i ten najbardziej kontrowersyjny. I nie jest to napisane, jeśli przestaniemy wierzyć. Nie jest to nawet nie jeżeli zgrzeszymy, tylko jeżeli to zlekceważymy. Jeżeli to przestanie być dla nas ważne. Jeżeli przestaniemy się troszczyć o to wielkie zbawienie. Tak wielkie zbawienie. Czemu w ogóle tak wielkie zbawienie? Dziwny termin, nie? Wielkie zbawienie. Czemu to jest tak podkreślone, że wielkie zbawienie? No bo w pierwszym rozdziale było pokazane, że bardzo wielki jest ten, który je przygotował. Że wielka była cena, którą zapłacił. Wielką łaskę okazał Ci, że w tej historii jesteś. Że wielkie są skutki tego, co się stało. Wiemy, że wielka jest wieczność, do której to wszystko prowadzi. No więc nie istnieje nic cenniejszego, jak to zbawienie. Dlatego to jest tu podkreślone. Wielkie zbawienie. Bo. Tak sobie kiedyś nad tym tekstem dumałem. A część nawet w historii przeżyła. Człowiek może stracić jakieś tam pieniądze i może je odzyskać. Może tak być? Może tak być. Pełno takich historii. Można nawet utracić zdrowie i czasami je odzyskać. Można utracić stanowisko, czy funkcję, a później odzyskać. Można utracić reputację, a później, co prawda ciężko się to robi, ale później ją odzyskać. Ale jeśli ktoś utraci możliwość zjednania się z Bogiem, jeżeli ktoś utraci tą możliwość, to on traci wszystko. Wszystko. Tu zahaczamy oczywiście o grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Jeżeli ktoś jest w tym miejscu, to już traci wszystko. No, ale tu jest te troszczyć, czy też w innych przykładach, konkretnie jest lepiej w innych przykładach, o oddane zlekceważyć. Zlekceważyć to wielkie zbawienie. No i tam jest te słowa, o których już wspomniałem. Amoleo. Czyli nie te przypadkowe zapomnienie, nie jakaś taka chwilowa niepamięć, tylko zaczynamy traktować coś jako niewarte odpowiedniej troski. Przestaje to być dla nas ważne, a jednocześnie, inaczej, utrzymujemy, że to jest dla nas ważne, powinno to być dla nas ważne, a jednocześnie żyjemy, jakby takie nie było. No, najprostszy przykład, to jest małżeństwo. To się dzieje często w małżeństwach. No, wiemy, że to jest ważne, wiemy? Wiemy. Wiemy, że powinniśmy się o to troszczyć, wiemy? Wiemy. Ale czasem, czasem się zdarza tak, że żyjemy, jakby to wcale nie było takie ważne. I to jest właśnie lekceważenie. To właśnie jest ten czasownik tutaj użyty. To jest dobry przykład z tym małżeństwem. To jest lekceważenie. Nie zawsze wygląda spektakularnie. I znowu wrócę do małżeństwa. Nie mówię o sytuacji, że ktoś leje swoją żonę. To już jest w ogóle pełen odjazd. Nie mówię o sytuacji, że ktoś zdradza swoją żonę. To już jest pełen odjazd. Nie. Nic takiego spektakularnego. Nie wiem, czy akurat w przypadku tych wydarzeń można mówić o spektakularnych czynach, ale nic takiego wielkiego. Takie zwykłe lekceważenie. To jest właśnie ten czasownik. Jak to w kościele może wyglądać? Może to wyglądać, że wszystko jest w porządku. Nic spektakularnego się nie będzie działo. Można śpiewać pieśni. Można znać doktrynę. Można służyć. Można przychodzić co niedzielę, co środę. Można nawet na braterskie jechać. A jednocześnie sercem być bardzo daleko od Chrystusa. Bardzo daleko od Chrystusa. No przecież tak wyglądało życie wielu faryzeuszów. Przecież do tego Pan Jezus tyle razy nawiązywał. Rozmawiając z tymi ludźmi. No wszystko było w porządku. To nie można mówić, że oni spektakularnie zaniedbywali te wszystkie rzeczy. Nie. Wyglądało pozornie wszystko ok. Znali pieśni, znali doktryny. Można by powiedzieć, w jakiś tam sposób kochali Boga. Chociaż może bardziej swoje wyobrażenie o Bogu jak Boga. Ale jednocześnie sercem byli bardzo daleko przede wszystkim od Chrystusa. Nienawidzili Go. Tak wyglądało ich życie. Niestety tak wyglądało życie w Laodycei. Laodycei. Pan Jezus nie powiedział im Wy jesteście zimni. Bezwzględni. Nie macie nic wspólnego z tą historią. Nie powiedział im. Jesteście poganinami. Więc takiego Pan Jezus do tego kościoła nie powiedział. On powiedział. Ponieważ jesteś jaki? Letni. On im zwrócił właśnie uwagę na to niebezpieczeństwo lekceważenia. Bo lekceważenie doprowadza chrześcijanina do bycia letnim. To znaczy mamy się na chwilę. Bo wielu ludzi właśnie ten fragment wykorzystuje. I dochodzi do wniosku, że autor tego listu uczy o możliwości zbawienia. Ale czy tak jest rzeczywiście? Nie. Ponieważ cały Nowy Testament cały Nowy Testament mówi coś innego. I nie wolno przeprowadzać nauczania swojego własnego czy kogoś egzegezy tekstu czy wyciągania jakiejś doktryny nie biorąc jako pierwszy pierwszy najważniejszy argument co cały Nowy Testament tudzież całe Pismo Święte mówi na jakiś temat. Nie można wyrwać czegoś z kontekstu i na tym budować doktryny. Najpierw trzeba mieć cały obraz. Ja to podaję na przykładach puzli. Oczywiście, że można wziąć pojedynczy puzzle z tysiąca elementów i taką historię o tym puzlu opowiedzieć. Powiedzieć tak bardzo jak on coś przedstawia, że szok. Ale wypadałoby najpierw spojrzeć na to co te puzzle przedstawiają w całości i wtedy można prawdę powiedzieć co ten pojedynczy puzzle tam jest narysowany. Podobnie jest z analizą tekstów biblijnych. Cały Nowy Testament mówi coś innego. Pan Jezus mówi i ja daję im żywot wieczny i nie giną na wieki i nikt nie wydrze ich z ręki mojej. Paweł pisze, których zaś ustrawiedliwił, tych i uwielbił. Nie ma jednego ogniwa, które by gdzieś zostało zgubione. Bóg kończy dzieło, które rozpoczął. Jan, nie Jan tylko Paweł do Filipian pisze, mam właśnie ufność, że ten, który rozpoczął w was dobre dzieło, będzie je także pełnił aż do dnia Chrystusa Jezusa. Prawdziwie narodzony na nowo człowiek, prawdziwie odrodzony z Bożego Ducha człowiek nie może utracić swojego zbawienia i to jest nauczanie całego Nowego Testamentu, ponieważ jego zbawienie nigdy nie było oparte na jego sile i nigdy nie będzie oparte na jego sile, ale na dziele Jezusa Chrystusa. Tak uczy Nowy Testament i to jest podstawa do rozważań trudnych fragmentów takich jak ten pod tym kątem. Inaczej mówiąc, gdyby zbawienie zależało od twojej wytrwałości, to ja ci gwarantuję, że nie jesteś zbawiony, że na banku tracisz zbawienie. Gdyby zbawienie zależało od tego, czy ty wytrzymasz, to nikt z nas nigdy nie byłby zbawiony. Nasza nadzieja jest w tym, że to Chrystus zachowuje swoich i to nazywamy doktryną wytrwania świętych, że to On zachowuje swoich, że święty wytrwa, ale nie poprzez swój wysiłek, tylko poprzez dzieło Jezusa Chrystusa. No, a to są ostrzeżenia. I czy one są niepotrzebne? No właśnie przeciwnie. One są bardzo potrzebne właśnie dlatego, że będziesz zbawiony, potrzebujesz tych ostrzeżeń. Znowu wracam do tego szlaku, ale już nie będę tego przykładu podawał. Podam inne. Jakiś czas temu byłem z Danielem Kubą chyba Nadją i Sylwią. W każdym razie byliśmy tam, gdzie jeździmy się modlić na tą hałdę popłuczkową. I czasami jak mamy ochotę, a wtedy akurat miałem, to oprócz tego, że się modlimy na tej hałdzie popłuczkowej, idziemy na taką przepaść sobie zobaczyć. Tam jest taka fajna przepaść. Idziesz, idziesz, idziesz i nagle jest nie wiem ile tam, z 50 metrów w dół. Ale tak nagle, tak od razu. No i oczywiście, że jak tam szedłem z Danielkiem i z Kubusiem, no to mówię, tylko mi się nie zbliżaj do tej przepaści. Nawet mi tam nie podchodź, bo to jeden krok za dużo i nie ma. Więc nie zbliżaj się do tej przepaści. I nie powiedziałem tego dlatego, że chciałem wzbudzić jakieś lęki u mojego dziecka, albo jakąś traumę, albo żeby mu się to śniło. Tylko dlatego, że je kocham, że je chronię, że ostrzegłem go, nie zbliżaj mi się tam, bo tam jest przepaść. Z założenia moje dziecko nie pójdzie w tą przepaść. Z założenia zrobię wszystko jako ojciec, żeby ono w tą przepaść nie wpadło. No i właśnie dlatego mu mówię, nie podchodź do krawędzi i nie spadnij. Więc to nie jest gwarancja spadku, czy upadku, czy mówienie o tym, że co drugie dziecko upada. Czy spada. Tylko to jest ostrzeżenie wynikające z miłości. One w ogóle nie powinny dojść do skutku. Ale ponieważ kocham to dziecko, to mówię nawet tam nie podchodź. Więc ostrzeżenia są takim narzędziem, które Bóg używa, żebyśmy do końca wytrwali, ale w Jego sile. I ktoś prawdziwie wierzący, on nie podchodzi do takich fragmentów obojętnie. Jeżeli ktoś jest naprawdę wierzący, jeżeli ktoś narodził się na nowo, to kiedy on czyta taki fragment Bożego Słowa, to on nie przejdzie wobec niego obojętnie. Ten fragment będzie wierzącego prowadził do pokuty. Do jakiejś refleksji. Czy na pewno wszystko ze mną w porządku? Czy nie powinienem troszkę zastery złapać? Do jakiegoś takiego odnowienia mojej gorliwości. Jeżeli ktoś prawdziwie wierzący, kto na przykład znalazł się w miejscu, o którym dzisiaj mówiłem, czyli modlitwa przestała mu dawać radość, albo Biblia znalazła się na półce i już tam kurzy, albo tak widzi, że ma coraz więcej wymówek, żeby nie przyjść do kościoła, to jeżeli on jest prawdziwie wierzący, to on złapie zastery. To go przywróci. To spowoduje, że ta gorliwość wróci. A przynajmniej jakiś akcent czy rzeczywiście jakaś pokuta, jakaś refleksja. Bo człowiek zbawiony może zlekceważyć to zbawienie. I można być prawdziwie zbawionym, można kochać Chrystusa, można należeć do Niego, a jednocześnie, jednocześnie, przez pewien okres swojego życia traktować swoje zbawienie zbyt lekko. I to się może wydarzyć. Każdemu z nas. A śmiem twierdzić, że każdemu z nas się to wydarzyło, bądź wydarzy. To może tak być. Że ktoś przez pewien okres, tylko kluczem jest pewien okres, pewien okres swojego życia podchodzi do swojego zbawienia zbyt lekko, nie dba o wzrost duchowy, nie rozwija swoich darów, nie wykorzystuje swoich możliwości w służbie. Żyje tak przeciętnie, byle jak. I to nie oznacza, że ten człowiek utracił zbawienie. To nie daje uprawnień do tego, by mówić ooo, gościu, ty utraciłeś zbawienie. Jeżeli to jest pewien okres. Bo jeżeli ten człowiek nigdy nie był gorliwy i to nie jest pewien okres, tylko on po prostu nigdy nie był, to on nigdy nie był zbawiony. I mamy go w tym momencie, w tym etapie, że on teraz w tym momencie, przez pewien okres traktuje to zbyt lekko, to nie oznacza utraty zbawienia. Ale może oznaczać utratę nagrody. I Paweł to bardzo wyraźnie później będzie opisywał w liście do Koryntian. On będzie mówił o człowieku, którego dzieło spłonie. Kojarzymy taki fragment? I tam są takie słowa, że ten człowiek sam wprawdzie ocaleje, ale tak jak przez ogień. Właśnie. I teraz, ja to rozumiem tak bardzo obrazowo. Czyli wyobraźmy sobie człowieka, który... Inaczej to powiem. Nie, może być tak. Bo historia z Norwegii, którą mi pastor Krzysiu przedstawił, mi to właśnie tak zobrazowała. Bo tam się to stało. W tym mieście, gdzie on mieszka. Ale chodzi o to... Wyobraźmy sobie takiego człowieka, który ucieka z płonącego budynku. Płonie budynek. Tam akurat płonęło całe miasto. I płonie budynek. I on ucieka z tego płonącego domu. Czy on żyje? Żyje. Czy on ocalał? No, ocalał. Uciekł z tego płonącego domu. Ale wszystko, wszystko, co budował przez całe swoje życie, wszystko, czego się dorobił przez całe swoje życie, wszystko, co uczynił, to wszystko spłonęło. Stało się tylko czymś, co można nazwać wielką stratą. On ocalał. On przeżył. Ale wszystko, co on miał, wszystko, co on zbudował, wszystko, co było dla niego cenne, a nawet każde wspomnienie, być może jakieś zdjęcia, kanapa, na której uczynił się po raz pierwszy ze swoją żoną, wszystko spłonęło. Wszystko spłonęło. Ilu chrześcijan stanie kiedyś przed Chrystusem, zbawionych, ocaleją, przeżyją, ale będą mieć puste ręce. Puste ręce. Okazuje się, że wszystko, co robili, spłonęło i nie miało żadnego znaczenia, żadnej wartości. Oni ocaleją. Oni będą zbawieni. Ale jeżeli lekceważyli swoje zbawienie przez jakiś długi okres, to okaże się, że wszystko spłonęło, że oni zostali z pustymi rękami. Nie będzie żadnej nagrody, bo nie będzie za co nagrodzić. Nie dlatego, że nie należeli do Chrystusa, ale dlatego, że zmarnowali życie. Zmarnowali życie, które powinni przeżyć dla chwały Chrystusa. I to jest historia bardzo wielu chrześcijan. To też jest forma z lekceważenia wielkiego zbawienia. Czyli nie przez odrzucenie Chrystusa. Tu wcale niekoniecznie, znaczy na pewno nie chodzi w tym fragmencie o to, że człowiek może odrzucić Chrystusa. Człowiek prawdziwie należący do Chrystusa go nie odrzuci, ale może zmarnować życie, które powinno być na chwałę Jezusa Chrystusa. Może dojść znacznie poniżej tego, do czego został powołany. I to jest historia wielu chrześcijan. Dlatego pytanie, które nowonarodzony chrześcijanin sobie powinien zadawać, nie brzmi, czy jestem zbawiony. Jak jesteś nowonarodzony, to przestań sobie zadawać to pytanie, czy jesteś zbawiony. Ale zadaj sobie inne pytanie, ważne pytanie. Najlepiej sobie je zadawaj każdego dnia. Czy żyję w sposób godny tak wielkiego zbawienia? Czy przypadkiem nie lekceważę tak wielkiego zbawienia? Czy moje życie pokazuje, że naprawdę wierzę, naprawdę należę do Chrystusa i naprawdę jest to dla mnie największym skarbem? Czy moje decyzje pokazują, że poważnie podchodzę do swojego zbawienia, czy raczej pokazują, że lekceważę tak wielkie zbawienie? Bo może się okazać, że należysz do Chrystusa, jesteś zbawiony, ale jednocześnie przez ten swój własny duchowy sen ponosisz wielką stratę. A zwłaszcza tą stratę poniesiesz na Trybunale Chrystusowym. I ja uważam, że autor do hebrajczyków o tym mówi, przed tym przestrzega, że to po to jest ta przestroga. Ona ma prowadzić do tego pytania, a nie do niepewności swojego zbawienia. Im większy autorytet przemawia gdziekolwiek, ale zwłaszcza jeżeli mówimy o Biblii, im większy autorytet przemawia, tym większa odpowiedzialność spoczywa na słuchających. Było ono głoszone na początku przez Pana, a umocnione u nas przez tych, którzy je słyszeli. Trzeci werset. Czyli pierwszym zwiastunem tego wielkiego zbawienia, tego dlaczego tak powinieneś żyć, był sam Chrystus. Najpierw było zwiastowane przez Pana. Sam Chrystus. Nie prorok, nie apostoł, nie anioł, tylko najpierw sam Chrystus. To jest ważna różnica, bo w Starym Testamencie Bóg przemawiał przez proroków, czasami przemówił przez Mojżesza, czasami przez aniołów, zdarzyło mu się nawet przemówić przez osła. Natomiast Ewangelia, ona została ogłoszona najpierw przez samego Syna Bożego. To jest ważne. Dlatego Ewangelia jest tak inna od tego wszystkiego, bo Ewangelię pierwszą ogłosił Syn Boży. On pierwszy powiedział pokutujcie. Przybliżyło się Królestwo Niemieckie i wyłuszczył Ewangelię. I zobaczcie, jak to się pięknie łączy i tak jak powiedziałem listu do hebrajczyków, Bóg przemówił do nas przez kogo? Przez Syna. On znowu wraca do tej samej myśli. Czyli Boży Głos, sam Chrystus, sam Bóg przyszedł ogłosić ludziom drogę zbawienia. Dlatego, że tak jest. Dlatego tak poważną sprawą, nieodwracalną w skutkach, nieodwracalną w skutkach jest grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Dlatego odrzucenie Ewangelii, ale tej wypowiedzianej przez Słowo Boże, tej, która penetruje i przekonuje człowieka, gdy ktoś to odrzuca, no to jest tak poważne i tego nie można zestawiać z odrzuceniem nauczania jakiegokolwiek człowieka. Syn Boży ogłosił tę Ewangelię. Wtedy ktoś nie odrzuca człowieka, tylko odrzuca samego Boga, Ducha Świętego, który przekonuje o grzechu sprawiedliwości i sądzie. Stąd mamy tak poważną sprawę z tym grzechem przeciwko Duchowi Świętemu. A kto jest drugim świadectwem według tego fragmentu Bożego Słowa? Przez tych, którzy je słyszeli. Czyli kto? Apostołowie. Drugim świadectwem są apostołowie. To jest też ciekawy fragment. O, ten fragment w ogóle coś mówi o samym autorze Listu do Hebrajczyków. Bo on nie mówi przez nas, którzy słyszeliśmy, tylko przez tych, którzy je słyszeli. Na podstawie tego ja wnioskuję, dlatego na pierwszym kazaniu mówiłem, że myliłem się przez wiele lat i kiedy zacząłem to dogłębnie studiować, to odrzucam to, co przez wiele lat mówiłem. Na podstawie tego ja uważam, że autor Listu do Hebrajczyków na pewno nie należał do grona dwunastu. Na pewno. Bo nie przez to, przez tych, którzy słyszeli. On mówił o kimś, a nie o sobie. Więc na pewno nie. Na pewno nie był bezpośrednim świadkiem służby Jezusa. On Ewangelię otrzymał od ludzi, którzy słyszeli Chrystusa osobiście. Tak wynika z tego. Dlatego to mógł być apostoł Paweł. Bo apostoł Paweł nie należał do dwunastki, ale słyszał to od tej dwunastki. Jeszcze raz. Dlatego to nie mógł być. Ja powiedziałem, że mógł być. Dlatego to nie mógł być apostoł Paweł, bo on nie należał do dwunastki. Słyszał to od tej dwunastki, ale bezpośredni przekaz miał od samego Jezusa Chrystusa. Bo on później w Galacjanach podkreśla, że Ewangelię otrzymał od kogo? Bezpośrednio. Od zmartwychwstałego Chrystusa. Raczej to nie jest on. Raczej ten autor listu do Hebrajczyków przedstawia siebie zupełnie inaczej. Ale wróćmy do tego fragmentu. Apostołowie byli naucznymi świadkami. Oni widzieli Jezusa. Słyszeli Jego nauczanie. Część z nich dotykała Go po zmartwychwstani. Jedli z Nim. Rozmawiali z Nim. Więc to nie była opowieść przekazywana z pokolenia na pokolenie. To było świadectwo ludzi, którzy mogli powiedzieć widzieliśmy Go. Słyszeliśmy Go. Jedliśmy z Nim. Wiemy. Jesteśmy autentycznymi świadkami. Jan później właśnie napisze co było od początku, co słyszeliśmy, co oczami naszymi widzieliśmy, na co patrzyliśmy i czego ręce nasze dotykały. Bardzo poważne świadectwo. Dlatego ten pierwszy Kościół tak wielką uwagę przywiązywał do tego nauczania apostolskiego. Do tych pierwszych świadków. Natomiast ten klucz trwali w nauce jakiej? Apostolskiej. Oni mieli ten bezpośredni kontakt. Oni nie tworzyli nowych doktryn. Nie tworzyli nowej Ewangelii. Nie dostosowywali jej do kultury. Nie poprawiali tego wszystkiego. Oni przekazywali wiernie to co sami otrzymali. No i dobrze by było, żeby Kościół z tego nie rezygnował. Żeby Kościół nadal tak wiernie do tego podchodził. Żeby to nadal było nasze podstawowe zadanie. Okazuje się, że Kościół nie został powołany do tego, żeby tworzyć nowe przesłanie albo żeby żyć kontekstem. Czyli, żeby głosić kazania, które pasują do obecnej sytuacji. Mamy na przykład wojnę, to będziemy głosić o wojnie. Mamy COVID, to będziemy głosić o COVID. Mamy coś tam, to nie po to jest Kościół. Kościół nie po to został powołany i nie ma tworzyć nowych przesłań. Kościół ma wiernie głosić to samo przesłanie, które dwa tysiące lat temu głosili apostołowie. Dlatego tak cenną rzeczą w Kościołach jest kazanie ekspozycyjne czy właśnie te nie kontekstowe. Mało tego, każda herezja zaczyna się od takiego właśnie drobnego kroku, od przekonania, że my dzisiaj lepiej wiemy, co należy głosić niż apostołowie. Nauka apostelska jest ważna, ale my dzisiaj musimy ważniejsze rzeczy wyjaśnić, ważniejsze rzeczy objawić w Kościele. No i tak się potem rodzą te wszystkie herezje. To jest też pytanie do nas. Na czym my budujemy swoją wiarę? Na emocjach, na doświadczeniach, na tym, co widzimy, na tym, co jest modne, czy też na tym, co zostało przekazane świętym. Na piśmie świętym. Bo prawdziwy Kościół nigdy nie będzie tego poprawiał. Prawdziwy Kościół będzie to wiernie przekazywał. No i znowu, dlatego ten autor mówi, ponieważ tak jest, ponieważ pierwszy to zwiastował Jezus, zwiastowali ci, którzy realnie, fizycznie to słyszeli, no to nie lekceważcie tego wielkiego zbawienia, bo ono nie zostało wymyślone przez ludzi. To nie jest kontekst do obecnych czasów. To jest coś, co najpierw ogłosił sam Pan, a później wiernie przekazywali ci, którzy go namacalnie, fizycznie słyszeli. Mało tego, jaką oni cenę zapłacili. Dlaczego my możemy wierzyć świadectwu tych ludzi? No bo oni zapłacili tą najwyższą, największą możliwą cenę. To jest bardzo silnym dowodem, że nie kłamali. Nie kłamali. Na pewno to usłyszeli od Jezusa, co nam przekazano. Na pewno jest to prawdą, bo ludzie kłamią po to, żeby coś zyskać. Kłamią na przykład, żeby zyskać jakieś pieniądze, kłamią, żeby zyskać władzę, sławę. No ale oni nic z tego nie mieli. Ani sławy, ani władzy, ani pieniędzy. Nic z tego nie mieli. Nic mi nie wiadomo, by któryś z apostołów stał się nagle wpływowym politykiem. Nie mamy takich świadectw. Przeciwnie. Co oni mieli? No cierpienie mieli. Oni płacili za to, co mówią, cierpienie. Paweł w drugim liście do Koryntian napisze tak. Od Żydów otrzymałem pięciokrotnie po czterdzieści bez jednego uderzeń. Trzy razy byłem kłostany, raz ukamieniowany, trzy razy rozbił się ze mną okręt, dzień i noc spędziłem na głębinie morskiej. No przecież zaszczyt, nie? Wspaniała. Każdy z nas marzy, nie? Panie, użyj mnie jak apostoła Pawła. Na pewno? Czy ktoś w ogóle dobrowolnie znosi coś takiego dla świadomego, wymyślonego kłamstwa? No nie. Nie. Nikt takich rzeczy nie znosi dla kłamstw. Ale dalej. Piotr zostaje uwięziony. Jan zostaje wysłany na wyspę Patmos. Jakub ścięty mieczem. Ścięty mieczem. Na samym początku wczesnego kościoła. Paweł wiemy, że też kończy życie jako więzień i zostaje stracony. Tu sobie już wypisałem, bo tego z głowy nie pamiętam. Andrzej ukrzyżowany w Achaj. Tomasz, śmierć w Indiach. Bartłomiej w Armenii. To sobie zapisałem, ale pamiętam. Umiera na krzyżu w Rzymie. Do góry nogami. To w ogóle też ciekawa historia. Stąd się w ogóle wziął ten krzyż odwrócony. Bo Piotr, w przeciwieństwie do tego, co popularna popkultura dzisiaj mówi, no to prawdziwa historia tego odwróconego krzyża jest taka, że Piotr powiedział ja nie jestem godny, by umrzeć jak mój Pan. Powieście mnie do góry nogami. Stąd odwrócony krzyż. No więc co prawda nie mamy tego bezpośrednio w świętym testamencie, ale mamy uczciwe świadectwa, jak ta historia się kończy. Mamy szczegóły śmierci tych apostołów. No więc to pokazuje, że oni pozostali wierni do końca, w związku z czym na pewno nie kłamali. No nie można ponosić takich konsekwencji za kłamstwo. Każdy by się wycofał z tego kłamstwa. To jest bardzo ważny argument historyczny na to, że oni mówili prawdę. Bo można umrzeć za coś, co jest nieprawdą, tylko wtedy, jeśli się było samemu oszukanym. Natomiast w innym przypadku nie. Nie. Nikt nie oddaje swojego życia za coś, co wie, że jest oszustwem, co ma tego świadomość. A więc oni wiedzieli, że naprawdę spotkali zmartwychwstałego Chrystusa, bo za to byli zabijani. Za tą informację, że naprawdę spotkali tego, który zmartwychwstał. Więc albo go widzieli, albo go nie widzieli. Ale z tego wynika, że go widzieli. Dlatego on mówi o tych, którzy słyszeli. No i niestety to prowadzi, przynajmniej powinno nas prowadzić, do bardzo takiego osobistego pytania. Oni byli gotowi umrzeć za Ewangelię. I oczywiście teraz większość myśli, że to jest ten moment, w którym Kaznodzieja powie a czy wy jesteście gotowi umrzeć za Ewangelię? Nie, ja tego pytania nie zadam, bo my możemy się tu teraz zapewniać w tych bezpiecznych warunkach, że tak, tak, ja jestem gotów umrzeć za Ewangelię. Ale skoro oni byli gotowi umrzeć za Ewangelię, to czy my przynajmniej jesteśmy gotowi żyć dla nich? Bo to już będzie naprawdę dużo. Kiedy my się zdecydujemy, że my żyjemy dla tej Ewangelii. Już nie mówię tak, wiecie, ekstremalnie, bo to jest nieuczciwie zadane pytanie. Czyli czy jesteś gotów umrzeć za Ewangelię? No bo w klimatyzowanym pomieszczeniu o godzinie w pół do ósmej każdy powie, że tak, tak. Ale czy my jesteśmy chociaż gotowi żyć dla tej Ewangelii? I to pytanie wcale nie jest takie proste. To wcale nie jest takie oczywiste. Wierność Chrystusowi ona nie polega wcale na, znaczy może u kogoś polegać, ale w większości przypadków ona nie będzie polegać na jakimś takim jednym, heroicznym wyczynie, o którym napiszą potem książkę. Że ty taki heroiczny wyczyn zrobiłeś i okazałeś się być wierny Chrystusowi. Oczywiście zdarzają się takie świadectwa, ale w zdecydowanej części tak nie jest. Nie na tym polega wierność Chrystusowi. Więc na czym to będzie polegać? Na codziennym życiu. Na takim codziennym posłuszeństwie. Każdego dnia. Aż do końca twojego życia. Takim codziennym, wydawałoby się trywialnym posłuszeństwie. Na tym będzie polegać ta wierność. No i czwarty werset. Bóg zaś uwierzytelnił je te wielkie zbawienie i tego, żebyś to nie lekceważył. Tu są wymienione cztery rzeczy. Niezwykłe zdanie. Bóg zaś uwierzytelnił je cudami, znakami przedziwnymi, różnorakimi mocami i udzieleniem Ducha Świętego według swojej woli. Więc patrzmy. Mamy tak, że Ewangelię głosił Pan Jezus. Dlatego to jest tak poważna sprawa. Głosili ci, którzy widzieli to i słyszeli to bezpośrednio od Pana Jezusa i za informacje, że naprawdę to od Niego mają i spotkali się z Nim zmartwychwstałem, oddali życia. Ale jak ci tego jest jeszcze mało, jak to cię jeszcze nie przekonuje, to Biblia, list do hebreczyków mówi, że to wielkie zbawienie Bóg uwierzytelni Tobie czterema rzeczami. Czterema rzeczami. Tobie bezpośrednio. Więc nie tylko Chrystus ją głosił, nie tylko apostowi przekazywali. Sam Bóg składa pod tym swój podpis. Swój podpis. Uwierzytelnił. W niektórych przekładach pojawia się słowo poręczył. To jest to samo słowo. Poręczył. Bóg poręczył za to. Piękne słowo. Sam Bóg potwierdził, poręczył prawdziwość Ewangelii. Znaki. Najpierw zaczniemy od tego. Cymeon. Cymeion. Chyba tak. Czyli coś wskazuje na coś większego. Tak by można oddać słowo znak. Coś wskazuje na coś większego. To jest ważne. Bo znak nigdy nie jest celem. On wskazuje kierunek. Drogowskaz. Najlepszy przykład. Najlepszy, dobry znak. Drogowskaz. Nikt rozsądny nie jedzie na wakacje bez tych drogowskazów. W sensie, dzisiaj mamy Google Maps, ale to jest też taki szeroki drogowskaz. Nie chcesz gdzieś jechać? To patrzysz, gdzie chcesz jechać. Masz jakiś drogowskaz. Patrzysz, gdzie ty masz jechać i tak dalej. I tu mamy o tym mowę, że te znaki, cuda, to wszystko, one nigdy nie mają zatrzymywać ludzi na sobie. To jest tylko potwierdzenie. To ma prowadzić do Chrystusa. To ma prowadzić do nielekceważenia zbawienia. Kiedy Pan Jezus uzdrawiał niewidomych, to tam nie chodziło wyłącznie o wzrok. Tam chodziło o coś więcej niż o odzyskanie wzroku. Kiedy rozmnażał chleb, to on później nie skupiał się na tym, że wszyscy się najedli, tylko on się skupiał na tym, co było wielkie w tej historii. Każdy z Jego cudów i z tych znaków mówił spójrz na to, kim jest Jezus. Teraz przygotowuję tę Ewangelię Marka, tam bardzo dużo o tym mówię. Ewangeliarz Ewangelii Marka. Że każdy z tych znaków, każdy z tych cudów wskazywał na to, kim jest ten Chrystus. To było uwierzytelnienie tego, kim On jest. Te cuda. Tu mam napisane terata. Takie słowo. Też ciekawe słowo. Okazuje się, że da się je bardzo wprost przetłumaczyć, bo my używamy terminu cuda. Każdy wie, co to są cuda. Każdy wie, co to za wyraz cuda. Ale okazuje się, że to ma tłumaczenie jeden do jednego. Coś, co wywołuje zdumienie i przekracza naturalny porządek. O, jaka to ładna definicja cuda. Cudu. Po pierwsze, coś, co wywołuje zdumienie. Znak niekoniecznie. Ale cud już musi wywołać zdumienie i przekroczyć naturalny porządek. Czyli patrzę na to i dochodzę do wniosku, że człowiek tego nie potrafi zrobić. To musi być Bóg. Wtedy mówimy o cudzie. Człowiek tego nie potrafi zrobić. To musi być cud. Ale tu mamy jeszcze różnorakie moce. Już kiedyś przerabialiśmy to słowo dynamis, czyli dynamiczna sprawa. Dynamis, to słowo pochodzi od tego. To jest tutaj użyte różnorakie moce. Każdy z tych znaków, każdy z tych cudów, to potwierdzenie pokazuje, że Królestwo Boże wkroczyło na ziemię. Że On ma tu udział. Pan Jezus nie tylko mówił o Królestwie, On objawiał moc tego Królestwa, tą dynamiczną moc tego Królestwa. I wiemy też, że tylko ludzie gwałtowni, dynamiczni, właśnie współgrający z tym, tylko oni z tym Królestwem Bożym będą mieć udział. No i ostatnio tu mamy dary Ducha Świętego. Udzielanie Ducha Świętego według swojej woli. Oczywiście jest mowa o darach Ducha Świętego, czyli te cztery rzeczy. Znaki, cuda, moc i dary Ducha Świętego. Co ciekawe, tu jest dokładnie to napisane, co później Paweł opisuje, kiedy mówi o rozdzielaniu i o udzielaniu darów Ducha. Że to Bóg rozdaje swoje dary, nie człowiek, nie Kościół, nie kaznodzieja. Że Duch Święty działa suwerennie, daje jak chce, kiedy chce. Dlatego ta końcówka tego wersetu jest tak ważna, według swojej woli. Według swojej woli. Czyli nie według naszej wiary, jak niektórzy uważają, że im bardziej wierzysz, tym więcej dostaniesz. No nie, według swojej woli. Albo, że odjazd, że to w ogóle zależy od emocji. Im większą wzbudzimy atmosferę w Kościele, emocje większe wzbudzimy, no to się tu bardziej będzie Duch Święty poruszał. No nie, według swojej woli. Nawet nie według naszych oczekiwań. Nie ma fragmentu Bożego Słowa, który mówi, Pan Bóg ci da więcej, jak będziesz więcej oczekiwał. No możesz oczekiwać z całych sił. On i tak będzie suwerenny. I da według swojej woli. A już nieraz przeżyliśmy, że ktoś nie oczekiwał, no i jego użył Pan. No i co? Jak się ma ta siła oczekiwań? Według swojej woli. To jest bardzo często podkreślane. Jako Kościół myślę, że wierzymy, jestem pewny, że wierzymy, że Duch Święty nadal działa. Amen? Wierzymy, że Bóg nadal uzdrawia. Tak wierzymy? Wierzymy, że nadal prowadzi swój lud. Tak wierzymy? Wierzymy też, że nadal obdarowuje swój Kościół darami. Tak? Tak. Ale nie możemy przestać wierzyć. Nie możemy tego zrobić. Nigdy. Nie możemy przestać wierzyć, że to jest tak, że nigdy człowiek, żaden człowiek, nie kieruje Duchem Świętym. Że to jest tak, że to Duch Święty kieruje człowiekiem, a nie odwrotnie. I zobaczcie, to są dwie niebezpieczne skrajności. Pierwsza mówi, cudów już nie ma. Znaków już nie ma. Dary Ducha Świętego są bezobjawowe. Artur napisał, tak jak go cenię, tak tutaj niestety popłynął, napisał, że część darów Ducha Świętego dzisiaj jest bezobjawowa. Napisał to przed słynną bezobjawową chorobą, więc myślę, że do niej nie nawiązywał. No ale tak napisał. No nie. Druga skrajność mówi, że cuda muszą być wszędzie. Jak gdzieś brakuje cudów, to już coś z tym Kościołem jest nie tak. No. Zwłaszcza w Kościele cudaków. Tak mówią. Nie. Biblia nie mówi ani jednego, ani drugiego. Biblia mówi, że Bóg działa według swojej woli. Kiedy On uznaje, że cuda są potrzebne, to one będą. On tak zdecyduje, one będą. Nie my o tym zdecydujemy, tylko Bóg o tym zdecyduje. Możemy się modlić i powinniśmy się modlić. Możemy oczekiwać i powinniśmy oczekiwać. Możemy ufać i powinniśmy ufać. Ale nigdy nie możemy wymagać od Boga, żeby działał według naszych scenariuszy i tak jak my chcemy, by się to źle skończyło. I czemu to jest ważne? Te cztery elementy i ta końcówka według swojej woli. Bo historia Kościoła bardzo mocno to pokazuje. Historia Kościoła pokazuje, że wszystkie, wszystkie nie ma ani jednego wyjątku. Jeżeli ktoś chce, niech znajdzie wyjątek. Chętnie się z nim zapoznam. Ale z tego, co ja sprawdzałem, a dużo, bo lubię ten temat. Wszystkie przebudzenia w historii Kościoła, wszystkie one miały jedną i tylko jedną cechę wspólną. Nie zaczynały się od pogoni za cudami. Nigdy. Nie zaczynały się od pogoni za znakami. Nie zaczynały się od pogonią za mocą Bożą. Nie zaczynały się od pogonią za tak źle pojątymi, dlatego taki wstęp zrobiłem, tak źle pojątym obdarowaniem Ducha Świętego. To jest ta cecha wspólna. One się nigdy od tego nie zaczynały. Wszystko, co się od tego zaczynało, nie kończyło się przebudzeniem. Natomiast te przebudzenia, o których czytamy, one się od tego nie zaczynały. One się zawsze zaczynały od powrotu do miłości Ewangelii. Do miłości świętości. Do miłości względem bojaźni Bożej. Oni tego szukali. Nawet ten nam najbliższy i specjalnie go omówię, bo ktoś może uważać, że to jest ten wyjątek, czyli ten zielonoświątkowe przebudzenie, czy to na Azusa Street, czy te drugie. One nie zaczynały się od tego, że oni chcieli powal nasz Boże swoją mocą i pozwól nam mówić językami. To się zaczynało od tego, że oni chcieli żyć głębokim, świętym chrześcijaństwem i postanowili codziennie się spotykać, żeby się modlić o to, żeby Bóg spowodował, że ich życie będzie turboświęte. I na to przyszła. Przyszły pewne rzeczy, w tym ta moc Boża, w tym ta słynna modlitwa językami i to, co się potem rozlało i przypomniało cały temat. Ale oni nie tego szukali. Nie po to się zgromadzali. Całkiem niedawno Michał mówił mi, że czytał jakąś książkę, nie pamiętam tytułu, można po nabożeństwie podejść do Michała i zapytać. Też czytał ostatnio jakąś książkę o przebudzeniu. Gdzie to było? W Chinach, czy gdzieś tam. I też się zaczęło tego, że oni chcieli jeszcze bardziej świętym, turboświętym życiem żyć. I zaczęli się spotykać codziennie rano na modlitwie. Wszyscy! Wszyscy przychodzili na poranną modlitwę. Wszyscy! Nie sześć osób. Turbo wszyscy przychodzili na poranną modlitwę. Wszyscy na niej byli. Skończyło się na, nie wiem, na pięćdziesięciu tysięcy? Czy tego typu liczb? Pół miliona. Skromny byłem, te pięćdziesiąt tysięcy. Pół miliona. To wszystko się zaczynało tak. Podczas reformacji centrum w ogóle stanowiło zwiastowanie słowa. Stąd kazalnica. W kościołach poreformacyjnych, w kościołach protestanckich. W prawdziwym kościele protestanckim kazalnica nie będzie pulbitem na nuty. Nie będzie gdzieś z tyłu, tam wrzucona jako nieważny element wystroju kaplicy. Centrum. Zwiastowanie słowa. Wchodzisz do kaplicy, to ma ci się kojarzyć z tym, że tu jest słowo zwiastowane. Przebudzenie porytańskie. Słynne przebudzenie. Centrum, zwiastowanie słowa i turboświęte życie. Spardżon. I historia wokół niego. A jedna z historii mówi, że on głosił kazanie w którąś godzinę w Londynie i ludzie przechodzili ludzie przechodzili, tylko przechodzili koło budynku, w którym on głosił kazanie i zmieniali swoje życie. Wielu z nich padało, jak jest opisane. On akurat nie cieszył się z tego. I na to wszystko Bóg uznawał, potwierdzał to swoje słowo, potwierdzał to wielkie zbawienie znakami, cudami, mocą i darami Ducha Świętego. Ale potwierdzał. Oni tego nie szukali. Nie to stało w centrum. A my dziś robimy dokładnie odwrotnie. W wielu społecznościach robi się dokładnie odwrotnie. Ile razy słyszałem Kościół będzie święty, jeżeli Bóg tu będzie z mocą działał. Nie! Bóg będzie z mocą działał, jeśli Kościół będzie święty. My będziemy turbo-święci, pod warunkiem, że komuś odrośnie lęka, albo noga, a przynajmniej mu się stopa wydłuży. Nie! Nie! To wszystko się będzie działo, jeśli Kościół będzie żył świętym życiem. Swoją drogą, największym cudem nie jest dłuższa stopa. Nie wiem, skąd to się wzięło i taka moda na te długie stopy. Ja mam 46. Więc... Jedną i drugą stopę. Więc... Chyba jestem wysoko w tej hierarchii. Powyżej to są już te, kajaki. Nie! Największym cudem jest to, kiedy duchowo martwy człowiek zostaje narodzony na nowo. To jest największy cud. To jest to, za czym powinniśmy tęsknić, co powinniśmy chcieć oglądać, do czego mamy dążyć, o co się mamy modlić. To jest największy cud. Kiedy ludzie, którzy są martwi duchowo, nagle naradzają się na nowo. Kiedy grzesznik, ktoś przeładowany grzechem otrzymuje nowe serce, zostaje usprawiedliwiony i otrzymuje życie wieczne. To są największe cuda. To jest cud, który ma skutki na całą wieczność. Przypuszczam, że dla Łazarza to było ważniejsze. Wcale dla Łazarza, moim zdaniem, nie było najważniejsze to, że on wyszedł z grobu. On wyszedł z grobu, ale za jakiś czas, po kilku tam latach, czy kilkunastu, znowu się w nim znalazł. No i tyle. To był taki cud z odroczonym terminem wykonania. Ale to, że on się ktoś narodził na nowo, to jest ten prawdziwy cud. I zobaczcie. Autor List do Hebrajczyków prowadzi nas tu do prostego wniosku. Bóg zrobił wszystko, żebyś nie miał wymówki. Żebyś nie mógł uciec od tego. Nie masz żadnej wymówki. Przemówił przez swojego syna. Potwierdził świadectwo apostołów. Potwierdza znakami, cudami, mocą Ducha Świętego i darami Ducha Świętego. Skoro Bóg tak wyraźnie, wyraźnie to objawia, to Twoja i moja odpowiedzialność względem tego tematu jest ogromna. Ogromna. I właśnie dlatego to pytanie tak powinno nas drążyć. No to jak my ujdziemy cało? Jak my ujdziemy cało, jeśli my zlekceważymy tak wielkie zbawienie? Nie chciałbym, żebyśmy dzisiaj wyszli z takim przekonaniem, jeszcze raz to powtórzę, że tu jest jakieś zaburzenie tego i odebranie nam tej pewności zbawienia. Że teraz list do Hebrajczyków pozbawi nas pewności zbawienia i my się staniemy jakimiś kolejnymi świadkami Jehowy albo Kościołem Wszystkokatolickim. Nie, nie chciałbym, żeby ktoś odszedł stąd z takim poczuciem właśnie niepewności zbawienia. Nie. Ale chciałbym, żeby te ostrzeżenie odebrało nam coś innego. Żeby nam odebrało lekceważenie. Żeby nam odebrało duchową obojętność. Żeby nam odebrało rutynę. Żeby nam odebrało przyzwyczajenie się. Przestań być przyzwyczajony, że jest to niedzielne nabożeństwo. To jest turbo zaszczyt, że jest niedzielne nabożeństwo, na którym ty możesz być. To nie jest rutyna. Przestań to lekceważyć. Przestań lekceważyć, że możesz w niedzielę zebrać się w bezpiecznym miejscu z wierzącymi. Przestań lekceważyć, że w środę jest nabożeństwo. Nie lekceważ tego. No nie lekceważ tego, bo miliardy ludzi, miliardy ludzi, codziennie modli się do Boga, by mieli możliwość zebrać się w środę na wykładzie Bożego Słowa. Przestań lekceważyć, że możesz rano wstać i modlić się, i rozpocząć dzień od psalmu, od śpiewu, od modlitwy, od wieczerzy pańskiej. Nie lekceważ tego. No nie lekceważ tego. Przestań lekceważyć, że jest jakieś zebranie sióstr i można jedna, drugiej wypłakać pewne rzeczy, opowiedzieć pewne rzeczy. A jeśli jest u ciebie dobrze, to wesprzeć siostrę. Przestań to lekceważyć. Nie lekceważ tak wielkiego zbawienia, bo miliony sióstr się modli o taką możliwość. Modli się o taką społeczność. Płacze przed Bogiem, by ktoś im to umożliwił. Przestań lekceważyć braterskie. Przestań lekceważyć wszystko, co się dzieje w Kościele. Przestań lekceważyć możliwość służby. Przestań lekceważyć możliwość życia z Chrystusem każdego dnia. Przestań to lekceważyć. O to chodzi w tym fragmencie Bożego Słowa. To jest te wielkie ostrzeżenie. Nie stań się letni. Nie wpadnij w rutynę. To nie jest norma, że tak mamy, że ty tak masz, że masz do tego dostęp. To jest wielkie zbawienie, wielkie zbawienie. Przyzwyczajaj się do tych rzeczy. Tylko dziękuję za to Panu Bogu każdego dnia. Jest ogromna różnica między człowiekiem, który się do tego przyzwyczaił, stało się to dla niego rutyną, stało się to dla niego czymś normalnym i zaczyna żyć tak. Nic się nie stanie, jak dzisiaj nie pójdę. Pójdę za tydzień. A co jak nie? A co jak nie? A co jeśli nie? Nic się nie stanie. Zrobię to za rok. A co jeśli nie? Co jeśli nie? To właśnie przed taką postawą ostrzega nas ten fragment. Niestety człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do największego cudu we wszechświecie. Niestety jesteśmy w stanie się do tego przyzwyczaić i zacząć to lekceważyć. Jesteśmy w stanie przyzwyczaić się do tego, co Bóg dla mnie i dla Ciebie zrobił na krzyżu Golgoty. Jesteśmy w stanie się do tego przyzwyczaić i popaść w rutynę. Jesteśmy w stanie przyzwyczaić się do pieśni, do modlitw, do tego wszystkiego. I popaść w jakieś zlekceważenie, w jakąś letność. I wtedy pojawia się to niebezpieczeństwo, o czym ten autor tego listu tutaj mówi. Niewielki bunt. Niespektakularne odejście. Nie jakiś turbogrzech. Zlekceważenie. Przyzwyczajenie. Rutyna. Letność. Dlatego chciałbym nas dzisiaj zostawić z takimi kilkoma pytaniami. Ale niech każdy sobie odpowie przed Bogiem. Czy Chrystus i Jego zbawienie jest nadal największą perłą mojego życia? Czy ja cieszę się tą historią jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy otrzymałem zbawienie? Czy Boże Słowo nadal przemawia do mojego serca? Czy też już jestem w miejscu, że to jest dobrze mi znana książka? I doskonale wiem, co będzie na następnej stronie. Czy modlitwa jest dla mnie spotkaniem rzadko używam tego słowa, ale teraz je użyję. Czy modlitwa jest dla mnie spotkaniem z moim tatusiem? Z moim tatusiem. Czy to jest jakiś religijny obowiązek? Czy ja żyję, jakby to, co Bóg mi dał, to, co Bóg mi oferował, było największą rzeczą w moim życiu, jaką kiedykolwiek od kogokolwiek dostałem? Czy mój Kościół jest dla mnie czymś tak cennym, który, jak wierzymy, stworzył Pan Bóg? Bo właśnie o to pyta autor. O to pyta. On nie pyta ile lat byłeś temu ochrzczony, ile wersetów z nas na pamięci. On tego wszystkiego nie pyta. On pyta, czy przypadkiem nie lekceważymy tak wielkiego zbawienia.


Autor kazania
Pastor Bartłomiej Szymon Kurylas
Pastor, nauczyciel Słowa Bożego i duszpasterz, który od wielu lat służy Kościołowi, prowadząc ludzi do głębszej relacji z Jezusem Chrystusem.
Poznaj autora