Czuwanie i odpowiedzialność w Królestwie Niebieskim
    PodcastEwangelia Mateusza · 25.1-46Odcinek 2528 czerwca 2026

    Czuwanie i odpowiedzialność w Królestwie Niebieskim

    Czuwanie to nie tylko oczekiwanie, lecz gotowość na przyjście Pana. Nie wystarczy mieć lampę, lecz trzeba mieć oliwę, by być gotowym na spotkanie z Chrystusem. Odpowiedzialność za powierzone talenty to klucz do wierności. Nie bądź obojętny, działaj w mi…

    Transkrypcja

    Witajcie serdecznie w kolejnym odcinku podcastu Ewangeliarz w głąb Ewangelii, w którym krok po kroku, rozdział po rozdziale przechodzimy przez Ewangelię. W tej chwili przechodzimy przez Ewangelię według św. Mateusza. Zatrzymując się nie tylko nad samą treścią tekstu, ale także nad jego duchową głębią, nad znaczeniem tego tekstu dla Kościoła i przesłaniem dla współczesnego człowieka. Czytamy Ewangelię według Mateusza w przekładzie Biblii Tysiąclecia, wydania 5, ponieważ jest to jeden z najbardziej znanych i najczęściej używanych przekładów Pisma Świętego w Polsce. W tym komentarzu będziemy jednak patrzeć na tekst nieco szerzej, biblijnie, teologicznie, duszpastersko, historycznie, a także, myślę, z taką wrażliwością na kondycję ludzkiego serca, które pozostaje takie samo niezależnie od epoki, kultury, czasu czy technologii. Nazywam się Bartłomiej Szymon Kurylas, usługuję jako pastor w Kościele Chrześcijańskim Nowe Narodzenie w Tarnowskich Górach i zapraszam się dzisiaj do bardzo poważnego, a zarazem niezwykle potrzebnego rozdziału Ewangelii. Mateusz XXV rozdział jest jednym z tych fragmentów, których nie da się czytać obojętnie. To nie jest rozdział, który jedynie nas informuje. To jest rozdział, który powinien nas budzić. To jest rozdział, który w jakiś sposób potrząsa człowiekiem, zanim będzie za późno. To jest rozdział o czuwaniu, o odpowiedzialności, o wierności, o miłosierdziu, o sądzie i o ostatecznym rozdzieleniu ludzi przed Synem Człowieczym. Ten rozdział znajduje się w większym kontekście, w kontekście mowy eschatologicznej Jezusa, która rozpoczęła się w rozdziale XXIV, jeżeli jesteś tym zainteresowany, na poprzednim podcaście omawialiśmy właśnie ten XXIV rozdział. Tam Pan Jezus mówi o zburzeniu świątyni, o znakach czasu, o łucisku, o fałszywych prorokach, o powrocie Syna Człowieczego i o potrzebie czuwania. Uczniowie pytają o przyszłość, ale Jezus nie daje im mapy, którą można kontrolować historię. Daje im raczej takie wezwanie do życia, które będzie gotowe na jego przyjście. I to jest bardzo ważne, bo człowiek religijny często chciałby znać szczegóły przyszłości, ale po to, by nie musieć dzisiaj żyć w posłuszeństwie, by nie musieć czuwać. Chciałby wiedzieć, kiedy Pan przyjdzie, ale nie zawsze chce być wierny, kiedy Pan zwleka. Tymczasem Jezus mówi, że tu nie chodzi o ciekawość, ale chodzi o czuwanie. Nie chodzi o kalkulację, ale chodzi o wierność. Nie chodzi o jakieś emocjonalne poruszenie na chwilę, ale chodzi o życie, które naprawdę należy do Boga. Przeczytajmy teraz wspólnie 25 rozdział Ewangelii Mateusza. Jeśli możesz, to śledź ten tekst, czytaj razem ze mną. Wtedy podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie Pana Młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampę, ale nie wzięły ze sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w swoich naczyniach. Gdy się Pan Młody opóźniał, senność ogarnęła wszystkie i posnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie. Oto Pan Młody idzie, wyjdźcie Mu na spotkanie. Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy, a nierozsądne rzekły do roztropnych. Użyćcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną, odpowiedziały roztropne. Mogłyby i nam, i Wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie. Gdy one szły kupić, nadszedł Pan Młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną i drzwi zamknięto. Nadchodzą w końcu i pozostałe panny, prosząc Panie, Panie, otwórz nam, lecz on odpowiedział, Zaprawdę, zaprawdę, powiadam Wam, nie znam Was. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny. Podobnie jest z Królestwem Niebieskim, jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obieg i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał, on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego Pana. Po dłuższym czasie powrócił panowych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł, Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem. Rzekł mu Pan, dobrze, sługo dobry i wierny, byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma Cię postawię, wejdź do radości Twego Pana. Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc, Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem. Rzekł mu Pan, dobrze, sługo dobry i wierny, byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma Cię postawię, wejdź do radości Twego Pana. Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent i rzekł, Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy, żniesz tam, gdzie nie posiałeś i zbierasz tam, gdzie nie rozsypałeś. Bojąc się, więc poszedłem i ukryłem swój talent w ziemi, oto masz swoją własność. Odrzekł mu Pan jego, sługo zły i gnuśny, wiedziałeś, że żnę tam, gdzie nie posiałem i zbieram tam, gdzie nie rozsypałem. Powinieneś więc być oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, także nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz, w ciemności. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale, a z Nim wszyscy aniołowie, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie. Pójdźcie błogosławieni u Ojca Mojego. Weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane dla Was od założenia świata. Bo byłem głodny, a daliście mi jeść. Byłem spragniony, a daliście mi pić. Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie. Byłem nagi, a przyodzialiście mnie. Byłem chory, a odwiedziliście mnie. Byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie. Wówczas zapytają Sprawiedliwi. Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? Albo spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? Lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? A Król im odpowie. Zaprawdę powiadam Wam, wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, mnieście uczynili. Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie. Idźcie precz ode mnie przeklęci w ogień wieczny przygotowany Diabuł i jego aniołom. Bo byłem głodny, a nie daliście mi jeść. Byłem spragniony, a nie daliście mi pić. Byłem przybyszem, a nie przyjęliście mnie. Byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie. Byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście mnie. Wówczas zapytają Ci. Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym, albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim? Kiedy chorym, albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie? Wtedy odpowie im. Zaprawdę powiadam Wam wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych. Tegoście i mnie nie uczynili. I pójdą Ci na wieczną karę sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. Rozdział dwudziesty piąty składa się z takich trzech wielkich obrazów. Najpierw mamy przypowieść o dziesięciu pannach. Potem mamy przypowieść o talentach, a na końcu mamy opis Sądu nad Narodami, w którym Syn Człowieczy oddziela jednych od drugich, jak pasterz oddziela owcę od kozłów. Te trzy sceny łączy jeden bardzo wyraźny i bardzo mocny temat. Nie wystarczy być blisko rzeczy Bożych zewnętrznie. Nie wystarczy mieć lampę. Nie wystarczy otrzymać talent. Nie wystarczy widzieć potrzebujących. W końcu okaże się, co tak naprawdę było prawdą naszego serca. Pierwsza przypowieść pokazuje nam wesele. Dziesięć panien wychodzi na spotkanie oblubieńca. Pięć z nich jest roztropnych, pięć nierozsądnych. Wszystkie mają lampy. Wszystkie te panny należą do tej samej sceny. Wszystkie czekają i wszystkie zasypiają, bo oblubieniec się opóźnia. Różnica pomiędzy nimi ujawnia się dopiero wtedy, gdy rozlega się wołanie. Oto pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie. Wtedy okazuje się, że jedne panny mają oliwę, a drugie jej nie mają. I zobaczcie, jaki to jest niezwykle przenikliwy obraz. Z zewnątrz wszystko może wyglądać bardzo podobnie. Można znać język wiary, można uczestniczyć w nabożeństwach, można śpiewać pieśni, można słuchać kazań, można mieć Biblię, można mieć lampę w ręku, czyli taką zewnętrzną formę pobożności. Ale kiedy przychodzi moment decydujący, moment prawdy, to wtedy okazuje się, czy w środku tego wszystkiego jest oliwa. W tradycji chrześcijańskiej oliwa praktycznie zawsze była rozumiana jako symbol łaski, jako symbol Ducha Świętego, jako też symbol takiego wewnętrznego życia Bożego, prawdziwej wiary, której nie da się pożyczyć od drugiego człowieka w ostatniej chwili. Augustyn widział w pannach obraz ludzi należących widzialnie do kościoła, ale niekoniecznie posiadających na przykład miłość, która jest owocem Ducha Świętego. Chryzostom podkreślał, kiedy omawiał ten fragment, powagę czuwania i ostrzegał przed takim odkładaniem nawrócenia na później. Reformatorzy dosyć ostrożni byli w tłumaczeniu każdego szczegółu i takim alegoryzowaniu tej przypowieści, ale bardzo mocno podkreślali, że prawdziwa wiara nie jest jedynie deklaracją. Luther tu mówił o wierze żywej, która uchwyciła się Chrystusa, a Calvin przypomniał, że fałszywa pewność siebie to jest dosyć niebezpieczna choroba duszy. W tej przypowieści mnie osobiście szczególnie porusza to, że wszystkie te panny zasnęły. Jezus nie mówi tutaj, że roztropne panny były fizycznie silniejsze, bardziej energiczne czy też bardziej pobudzone. Różnica nie polegała nawet na tym, że jedne nigdy nie były zmęczone, a drugie były. Wszystkie panny zasnęły. Różnica polegała na przygotowaniu. I to jest ważne, bo czasem mam wrażenie, że chrześcijanie mylą czuwanie z takim nieustannym napięciem. Czuwanie nie oznacza życia w takiej panice, w takiej neurotycznej panice, w ciągłym lęku, w jakimś takim religijnym pobudzeniu, które w moim odczuciu bardziej przypomina jakieś zaburzenia niż dojrzałą wiarę. Czuwanie oznacza życie uporządkowane wobec Boga. Czuwanie oznacza serce, które jest gotowe, nawet jeśli ciało jest słabe. Takie czuwanie oznacza wiarę, która nie polega na jakimś chwilowym nastroju, ale na realnym zakorzenieniu w Chrystusie. I zobaczcie, współczesny człowiek bardzo dobrze zna problem odlekania. Dzisiaj się bardzo dużo mówi o tzw. prokastynacji, czyli o takim mechanizmie unikania, odkładaniu trudnych decyzji, bo one są dzisiaj niewygodne. Człowiek sobie myśli, mówi, że kiedyś uporządkuje to swoje życie, w tym życie duchowe, kiedyś zacznie się modlić, kiedyś pojedna się z Bogiem, kiedyś przebaczy, kiedyś zmierzy się ze swoim grzechem, kiedyś wróci do Kościoła, kiedyś w ogóle potraktuje Chrystusa bardzo poważnie. Ale ta przypowieść o dziesięciu pannach mówi, że przychodzi taki moment, kiedy kiedyś już nie istnieje. I drzwi po prostu zostają zamknięte. I to jest jedno z najtrudniejszych zdań w tej przypowieści. Pan Jezus, kiedy te drzwi zostają zamknięte, mówi, nie znam was. I to nie jest jakieś okrutne zdanie przypadkowego sędziego. To jest tragiczne zdanie oblubieńca, którego cały czas lekceważono. Cały czas. On mówi prawdę w tej przypowieści o takiej historii, bo miłość musi ostrzegać. Miłość nie pozwala człowiekowi zasnąć w takim fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. Popatrzcie, jeśli lekarz widzi jakąś śmiertelną chorobę i mówi pacjentowi, wszystko jest dobrze, to nie jest miłosierny. On jest okrutny. Jeżeli kaznodzieja widzi, że jakiś człowiek żyje bez Boga, ale mówi mu wyłącznie, nie przejmuj się, Bóg jest miły, to on nie głosi Ewangelii. On podaje jakiś taki środek uspokajający, religijny środek uspokajający. Jezus mówi prawdę po to, żeby człowiek mógł się obudzić. W drugiej przypowieści Pan Jezus idzie jeszcze dalej. W przypowieści o talentach. Prowadzi nas jakby krok dalej. Pewien człowiek, mający udać się w podróż, powierza swój majątek sługom i daje jednemu pięć, drugiemu dwa, trzeciemu jeden talent. Każdemu według zdolności tego człowieka. Po długim czasie wraca i rozlicza się z nimi. Dwaj pierwsi słudzy pomnażają to, co otrzymali, a trzeci zakopał swój talent w ziemi. Kiedy Pan wraca, chwali tych dwóch pierwszych, mówi dobrze, sługo, dobry i wierny, a tego trzeciego nazywa złym i gnuśnym. W tamtych czasach talent nie oznaczał zdolności czy jakiegoś naturalnego daru, tak jak to dzisiaj używamy. Talent to była taka dosyć ogromna jednostka wartości. Więc Jezus mówi o czymś powierzonym przez Pana, o odpowiedzialności za to, co nie należy do nas, ale zostało nam dane. Oczywiście możemy dziś przez to rozumieć nasze zdolności, możliwości, zasoby, powołanie, miejsce w Kościele, relacje, ale też na przykład pieniądze, wiedzę, duchowe dary, jakąś odpowiedzialność za pracę, za rodzinę, za Kościół, za świadectwo swojego życia. Wszystko to jest nam powierzone. Nic z tego nie jest absolutnie nasze. I to uderza we współczesny świat, bo my dzisiaj sobie często powtarzamy, że nasze życie należy tylko do nas. Bardzo modnym tekstem stał się tekst Twoje ciało należy tylko do Ciebie. Ale możemy to rozszerzyć. Twoje pieniądze są tylko Twoje. Twój czas jest tylko Twój. Twoje decyzje są tylko Twoje. Tymczasem Ewangelia mówi coś innego. Jesteś stworzeniem, nie jesteś stwórcą. Jesteś zarządcą, a nie właścicielem. Twoje życie ma być odpowiedzią na to, co otrzymałeś od Boga, bo wszystko jest darem. Ty nie jesteś jakimś autonomicznym centrum wszechświata. Świat się nie kręci wokół Ciebie. Jesteś osobą wezwaną do tego, by być wierny przed Panem. W tej przypowieści ciekawe też jest to, że Pan nie wymaga od wszystkich tego samego wyniku. Ten, który otrzymał pięć talentów, przynosi drugie pięć. Ten, który dwa, przynosi dwa. I obaj słyszą dokładnie tą samą pochwałę. Zobaczmy więc, że Bóg nie mierzy nas jedną miarą jakiegoś ludzkiego sukcesu. No bo nie każdy ma takie same możliwości, takie same zasoby, takie samo zdrowie, taką samą historię życia, takie same zdolności czy taki sam zasięg wpływu. Wierność, więc nie polega na tym, że ja się porównuję z kimś innym. Wierność polega na odpowiedzi na to, co mi powierzono. Mi. To porównanie to jest w ogóle katastrofa współczesnych czasów. To się stało niemal codzienny chleb wielu ludzi. Człowiek patrzy na cudze życie, cudzą służbę, cudzą rodzinę, cudze osiągnięcia, jakiś cudzy wygląd, cudze wakacje, cudzą pobożność w mediach społecznościowych i zaczyna albo zazdrościć, albo gardzić sobą. Albo jeszcze gorzej, udawać kogoś, kim nie jest. Tymczasem Jezus w tej przypowieści nie pyta, dlaczego człowiek z dwoma talentami nie przyniósł pięciu. Jezus pyta, co zrobił z tym, co otrzymał. I to jest ważne, bo nie każdy będzie apostołem Pawłem, nie każdy będzie Augustynem, nie każdy będzie Lutrem, Kalwinem, Wesleyem, Spardżonem, Eliotem czy kimkolwiek jeszcze innym. Ale każdy ma obowiązek być wierny. Nie każdy ma głosić do tysięcy, ale każdy może być wierny w swoim domu, w swojej modlitwie, w swoim zborze, w swojej pracy czy też wobec ludzi, których powierzono jego trosce. Najbardziej dramatyczna postać tej przepowieści to jest oczywiście sługa, który otrzymał jeden talent i zakopał go w ziemi. Jego problemem nie jest brak zdolności. Jego problemem jest fałszywy obraz Pana. On mówi, że wiedział, że Pan jest twardy. Innymi słowy, bał się Go, więc nic nie zrobił. I to jest ważne, bo obraz Boga, jaki nosimy w sercu, wpływa bardzo na sposób, w jaki żyjemy. Jeśli ktoś widzi Boga wyłącznie jako jakiegoś takiego okrutnego kontrolera, to może zostać sparaliżowany lękiem. Jeśli ktoś widzi też jako obojętnego takiego starego dziadka, to popadnie w lekko myślność. Ale jeśli widzimy Boga biblijnie jako świętego, dobrego, suwerennego, miłującego, sprawiedliwego, ale też łaskawego Pana, to wtedy rodzi się właściwa boja śpańska, która nie niszczy człowieka, tylko go porządkuje. Bardzo wielu ludzi dzisiaj nie służy Bogu nie dlatego, że nic nie ma, ale dlatego, że boi się ryzyka. Boi się krytyki, porażki, błędów, kompromitacji. No i zakopuje te swoje życie w takiej fałszywej ziemi bezpieczeństwa. Zakopuje to powołanie swoje w jakichś wymówkach, a dar w lęku. Odpowiedzialność zakopuje w wierności. A potem mówi przynajmniej nic nie zepsułem. Tylko że w Królestwie Bożym to jest zepsucie. Neutralność nie jest wiernością. Nie można powiedzieć nie zrobiłem nic złego. Pytanie brzmi czy zrobiłeś dobro, do którego zostałeś powołany. Historia Kościoła jest pełna ludzi, którzy na szczęście nie zakopali swojego talentu. Przecież Atanazy mógł milczeć wobec arianizmu, ale nie milczał. Chociaż przez lata był za to prześladowany, był nawet wygnany. Luther mógł się wycofać, kiedy zrozumiał cenę, którą poniesie z powodu sporu Ewangelia. Ale powiedział, że jego sumienie jest związane z Słowem Bożym i nie może tego zrobić. Tylor mógł zrezygnować z powodu cierpienia, strachu, niezrozumienia, ale jego życie stało się świadectwem takiej wierności w misji. I teraz każdy z tych ludzi miał swoje słabości, upadał, porażki, ograniczenia, lęki, ale nie zakopał tego, co mu zostało powierzone. Oczywiście, żeby była jasność, tutaj trzeba uważać na pewnego rodzaju nadużycie, które może wystąpić. Ta przypowieść nie jest usprawiedliwieniem czy popędzeniem ku aktywizmowi, bo to się kończy źle. Takie mówienie, że rób więcej, bo inaczej jesteś złym sługą. Ta wierność Bogu nie oznacza, że człowiek ma zniszczyć swoje ciało, ma zniszczyć swoją rodzinę, swoje zdrowie psychiczne w imię jakiejś religijnej misji. Biblijna wierność to nie jest gorączka złota, to nie jest jakaś chrześcijańska wersja korporacyjnej presji w wyścigu szczurów. Bóg to nie jest menadżer, który nas ocenia jakąś tabelką efektywności, ale prawdą jest to, że łaska nigdy nie prowadzi do lenistwa, do gnuśności. Łaska wyzwala człowieka do służby. Człowiek, który jest zbawiony, człowiek, który otrzymał łaskę, on nie pracuje po to, żeby zasłużyć na miłość Boga, ale dlatego, że został przez Boga umiłowany i się nie boi na przykład porażki. W trzeciej części tego rozdziału pojawia się majestatyczna scena. Syn człowieczy przychodzi w swojej chwale, z nim przychodzą wszyscy aniołowie, on zasiada na tronie chwały i gromadzą się przed nim wszystkie narody. I on oddziela jednych od drugich. Jest napisane, jak pasterz oddziela owcę od kozłów. Do jednych mówi, pójdźcie, błogosławieni Ojca Mego, a do drugich idźcie precz ode mnie, przeklęci. To jest oczywiście obraz sądu. My nie lubimy tego słowa, ponieważ nam sąd bardzo często kojarzy się z presją, przemocą, potępieniem, straszeniem albo z traumą. Ale biblijna prawda o sądzie jest konieczna, jeśli świat ma mieć jakiś moralny sens i kręgosłup, bo bez tego sądu zło by nie zostało nigdy nazwane. Bez sądu ofiary zostałyby na zawsze same. Bez sądu to historia opisana w Biblii kończyłaby się jakimś chaosem. Jeśli by nie było tej ostatecznej sprawiedliwości, to krzyk skrzywdzonych ludzi nigdy nie zostałby przez Boga naprawdę wysłuchany. Dlatego sąd Boży to nie jest jakaś ciemna plama na charakterze Boga. To jest część dobrej nowiny, że Bóg nie zostawi świata w rękach przemocy, obojętności, krzywdy, hipokryzji itd. W tej scenie kryterium ujawniającym stan serca tych ludzi jest stosunek do najmniejszych braci Chrystusa. Byłem głodny, daliście mi jeść, byłem spragniony, daliście mi pić, byłem przybyszem, przyjęliście mnie itd. I oni się go pytają, zdziwieni. Panie, a kiedy my Cię takiego widzieliśmy? Jezus odpowiada. Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili. Oczywiście różnie rozumiemy to pojęcie braci najmniejszych. Jedni to odnoszą przede wszystkim do uczniów Chrystusa, szczególnie takich prześladowanych z powodu Ewangelii. I ja uważam, że w kontekście Ewangelii Mateusza to jest mocne uzasadnienie, ponieważ wcześniej Pan Jezus mówił o swoich uczniach jako o braciach i o przyjmowaniu Jego wysłanników. Ale inni widzą tu szersze wezwanie do miłosierdzia wobec wszystkich ludzi dźrępiących. I chociaż egzegietycznie ten tekst raczej mówi o uczniach Jezusa, to nie wolno z tego zrobić wymówki, żeby zamknąć swoje serce przed człowiekiem, który nie jest uczniem Jezusa Chrystusa. Bo Nowy Testament wielokrotnie uczy, że wiara działająca przez miłość troszczy się o braci, ale też czyni dobro wszystkim, a zwłaszcza domownikom wiary. Czyli wszystkim, a zwłaszcza domownikom. Ważne jest też, żeby nie pomylić owocu z korzenie. Jezus tu nie mówi, że ludzie zostają zbawieni przez uczynki, w sensie robili to i zostali w sensie zasług zbawieni przed Bogiem. Całe Pismo jasno uczy, że zbawienie jest z łaski przez wiarę, nie z uczynków, żeby się nikt nie chlubił. Ale Pismo też uczy, że wiara, która naprawdę jest, naprawdę uchwyciła się Chrystusa, nigdy nie pozostaje martwa. Później Jakub pisze, że wiara bez uczynków jest martwa, a więc uczynki nie są fundamentem zbawienia, ale są świadectwem zbawienia. Są świadectwem życia, które zostało przemienione. Reformacja nigdy nie uczyła, że dobre uczynki są niepotrzebne. Uczyła, że nie są one podstawą naszego przyjęcia przez Boga, że my jesteśmy usprawiedliwieni przez samą wiarę, ale wiarę prawdziwą, która usprawiedliwia i nie pozostaje nigdy sama. Tylko otoczona jest dobrymi uczynkami. Calvin podkreślał, że Chrystus nie usprawiedliwia nikogo, kogo równocześnie nie uświęca i nie prowadzi do dobrych uczynków. I to jest ważne, bo w chrześcijaństwie często są takie dwie odnogi. Jeden błąd to taki moralizm, który mówi, że Bóg przyjmie cię, jeśli będziesz wystarczająco dobrym człowiekiem. Ale drugi błąd to taka tania łaska, która mówi, że wystarczy zadeklarować wiarę w Chrystusa, a twoje serce tam może zostać obojętne. I Mateusz w tym rozdziale uderza w oba te błędy. Nie zbawiają nas uczynki, ale brak uczynków może obnażyć, że nasza wiara to jest tylko fasada. Ten fragment to jest też poważny test dla Kościoła, bo my możemy mieć poprawną doktrynę, liturgię, kazania, konferencje, media, jakieś projekty, a jednocześnie przegapić Chrystusa. Tego obecnego w najmniejszych braciach. Oczywiście trzeba mówić o doktrynie, trzeba strzec prawdy, trzeba ostrzegać przed herezją. Kościół, który tego nie robi, to przestaje być wiernym Chrystusowi Kościołem. Ale Kościół, który robi to wszystko, ale bez miłości, to nie rozpoznał Mesjasza i nie rozpoznałby Go, gdyby stał przed Nim. Prawda i miłość to nie są wrogowie. W Chrystusie to jest jedno. Jedno. Natomiast my dzisiaj żyjemy w jakimś świecie paradoksu. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy tak wiele cierpienia ludzi na całym świecie, a jednocześnie nigdy wcześniej nie było nam tak łatwo przewijać cudzy ból, na przykład palcem po ekranie. My dzisiaj oglądamy głód, wojnę, depresję, przemoc, chorobę, kryzys, prześladowania i potem przechodzimy spokojnie do rozrywki, do kolejnej opinii, do w ogóle. My jesteśmy znieczuleni. Czemu? No bo kiedy jest nadmiar bodźców, to zaczynamy się na nie znieczulać. To są takie mechanizmy obronne. Ale Ewangelia nie pozwala nam całkowicie znieczulić serca, nawet w tym zwariowanym świecie. Jezus mówi do nas, w konkretnym człowieku możesz spotkać Chrystusa. To nie zawsze musi oznaczać wielkie akcje. Czasami to jest zwykłe odwiedzenie chorego, telefon do kogoś samotnego, posiłek dla kogoś, kto już nie daje rady, modlitwa albo w ogóle spędzenie czasu z człowiekiem, który jest złamany. Czasami pomóc komuś w kościele to nie oznacza nic więcej, jak pozwolić mu pobyć ze sobą, przy nas, doprowadzić do takiego miejsca, że on się nie będzie wstydził powiedzieć, że czegoś nie ma. Czasami to jest zauważenie dziecka, osoby starszej, wdowy, rozwodnika. Osoby w jakiejś traumie, w jakimś uzależnieniu albo poczuciu wykluczenia. Chrystus mówi, kiedy byłem głodny, nakarmiliście mnie. To są konkretne sytuacje, konkretni ludzie, konkretna miłość. Zobaczcie. Chciałbym tu podkreślić, że to nie jest humanitaryzm, bo humanitaryzm bez Chrystusa to jest coś strasznego. Centrum tego rozdziału pozostaje Pan, który przychodzi. Oblubieniec przychodzi. Właściciel wraca. Syn człowieczy zasiada na tronie. Cały ten rozdział mówi, żyj teraz w świetle tego dnia, który nadejdzie. Nie da się zrozumieć chrześcijaństwa bez tej eskatologii, bo to jak żyjemy dzisiaj jest kształtowane przez to, jak wierzymy, że Chrystus naprawdę powróci. Nie jesteśmy ludźmi zamkniętymi w wiecznym tu i teraz. Jesteśmy ludźmi, którzy oczekują na swojego Pana. I w tym miejscu warto zapytać bardzo osobiście. Czy ty masz oliwę czy tylko lampę? Czy masz życie z Bogiem czy tylko jakiś kształt? Czy korzystasz i zarządzasz tym, co Pan ci powierzył? Czy też zakopujesz to w jakimś strachu albo w wymówkach? Twoja wiara widzi cierpiącego człowieka obok czy tylko poprawnie potrafi mówić o jakiejś doktrynie? Czekasz na Chrystusa, tak jak oblubienica na oblubieńca czy tak jak człowiek czeka na kontrolę, której się boi? To są trudne pytania, ale to są pytania, które warto sobie od czasu do czasu zadać. Bo jeśli czytając ten rozdział i słuchając tego rozważania mojego widzisz swoją senność, jakąś bierność, egoi, strach, obojętność a możesz widzieć jakieś zmarnowane szanse, to nie uciekaj od Pana Boga. Zacznij ty uciekać do Boga. Nie próbuj ratować się udawaniem, że jakoś to będzie. Przyjdź do Chrystusa, który umarł za grzeszników. On jest oblubieńcem, ale jest także barankiem. On jest sędzią, ale jest także zbawicielem. On przyjdzie w chwale, ale przyszedł w pokorze. On zasiądzie na tronie, ale wcześniej dla ciebie zawisł na krzyżu. On oddzieli owce od kozłów, ale dzisiaj on jeszcze woła przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja wam dam odpoczynienie.
    Pastor Bartłomiej Szymon Kurylas

    Autor kazania

    Pastor Bartłomiej Szymon Kurylas

    Pastor, nauczyciel Słowa Bożego i duszpasterz, który od wielu lat służy Kościołowi, prowadząc ludzi do głębszej relacji z Jezusem Chrystusem.

    Poznaj autora